057 - Akcja

Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu (powiedzenie ludowe). Każdy z nas na hasło akcja wiedział że będzie się działo.  Jakieś spotkanie, wyjście, epizod, przygoda dzieci i młodzieży z naszego podwórka. Hasło to padające z naszych ust oznaczało propozycję jakiegoś wyjścia albo działania, zazwyczaj związanego z kalendarzem Świąt kościelnych katolickich takie jak Lejek, Nowy Rok, Wigilia zwana przez nas akcja "Karpik", Święto zmarłych i działanie zwane "znicz"czy Wielkanocne, "jajeczko". Ze świętami kościelnymi połączone były dni wolne od zajęć lekcyjnych, wolne od szkoły. Tradycja wolności jest wszystkim (powiedzenie ludowe).


Akcja "karpik" to było grudniowe spotkanie z kolegami. Zazwyczaj pod blokiem na placu lub w siłowni i oczekiwanie na Pasterkę. Akcja "lejek" to było kwietniowe bieganie po terenie osiedla z wiaderkami pełnymi wody i oblewanie ludzi. Kwietniowa akcja "jajeczko" spotkania w sobotę Świąt Wielkanocnych po święceniu i wspólne spędzanie czasu na przestawaniu pod blokiem. Akcja "znicz" w Listopadowe Święto Wszystkich Świętych, wyprawy na cmentarz po zachodzie słońca. Akcja "Sylwester" szwendanie się w ostatnim dniu roku kalendarzowego, w porze nocnej po osiedlu, robienie sobie i innym psikusów.
Akcja "karpik". polegała na tym, że jak najszybciej po kolacji Wigilijnej spędzonej w gronie rodzinnym wychodziliśmy na podwórko spotkać się z kolegami. Miejscami naszych zgrupowania był plac zabaw, barierki albo siłownia. Ze względu na warunki atmosferyczne panujące w grudniu, była to zazwyczaj siłownia. Spędzaliśmy ten czas wspólnie ze znajomymi z podwórka oczekując na Pasterkę, Były takie lata że przychodziło nas tyle osób znajomych z pobliskich bloków i podwórek że ledwo mogliśmy się pomieścić w siłowni. Niektórzy stali na korytarzach klatki i piwnicy a czasem i pod klatką. W tym czasie oczekiwania zazwyczaj rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się, opowiadając kawały, robiąc sobie żarty, grając w kary i czasami po prostu nudząc się. Pasterka zaczynała się o północy i trwała dobre dwie godziny. Od Wigilii do Pasterki było to kilka godzin czasu w którym  przeważnie, każdy się chwalił jak to się nie najadł podczas kolacji wigilijnej i jakież to pyszności nie gościły na jego stole. Tego wieczoru jak co roku rozmowy i żarty związane były głównie z pożywieniem. Opowiadania o potrawach, obżarstwie i jego skutkach. W czasie tych opowieści ponosiła nas fantazja. Każdy chciał jak najlepiej pokazać przebieg swojej kolacji wigilijnej. Jednego kolegi tata pracował na kontraktach w Niemczech i przywiózł z zagranicy na kolację rybę. Kolega opowiadał nam, że jadł podczas kolacji rybę taką przepyszną, której nazwy nawet nie zna bo była tak ekskluzywna i oryginalna. Jaka ona nie była droga, ile to kasy nie kosztowała. Przyszedł do siłowni jego starszy brat i opowiadał jakiegoż to pysznego Karpia jedli na kolacji. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (powiedzenie ludowe). Gdy doszło do odpowiedniej godziny całą grupą szliśmy na mszę do kościoła.
Źródło: http://niedziela.pl - Agnieszka Dziarmaga - www.niedziela.pl



Kościół był oddalony jakiś kilomet od naszego podwórka. Podczas przejścia na mszę towarzyszyły nam żarty i wygłupy. Czas oczekiwania na pasterkę po kolacji wigilijnej nazywaliśmy akcja "karpik" pewnie dla tego, że jedną z głównych potraw wigilijnych na naszych stołach był właśnie Karp, Msza "Pasterka" trwała ponad dwie godziny i po mszy całą grupą wracaliśmy na podwórko skąd każdy rozchodził się do swojego mieszkania. Była to dla nas bardzo późna godzina w nocy, tylko były kilka dni w roku kiedy jako dzieci i młodzież mogliśmy na legalu biegać w nocy po podwórku. Drugim takim dniem była noc Sylwestrowa i Nowy Rok. 
 
Akcja sylwester to była ważna dla nas akcja bo wiązała się z alkoholem. Pod koniec grudnia potajemnie przed rodzicami organizowaliśmy zakup alkoholu. Zazwyczaj było to tanie wino bo było tanie. Żebyśmy kupili wtedy alkohol trzeba było trochę pokombinować i użyć podstępu. Byliśmy nieletni i zakup alkoholu w naszym wieku dzieciom był zakazany. Przed sylwestrem w sklepach bardzo zwracano na to uwagę nie tak jak w inne dni roku. Teksty typu „ Kupuję dla taty" nie przechodziły. Trzeba było kupować przez kogoś podstawionego i pełnoletniego a to wymagało dodatkowej opłaty za załatwienie sprawy i wtedy tanie wino nie było dla nas już takie tanie. Gdy był już zorganizowany alkohol to była połowa sukcesu. Trzeba go było jeszcze gdzieś przechować do sylwestra. Pewnego razu schowaliśmy sobie wino w piwnicy i ktoś nam je ukradł. Mieliśmy taką upatrzoną komórkę w piwnicy do której nikt nie przychodził. Dało się tam wejść ponad drzwiami wejściowymi. Były tam tylko same stare graty i puste półki. W tej komórce schowaliśmy wino przeznaczone na sylwestra. Wiedziały o tym fakcie tylko dwie osoby a wino przed sylwestrem zniknęło, została tylko pusta butelka. Ta butelka nas cały czas myliła bo kiedy sprawdzaliśmy czy wino stoi to tylko patrzyliśmy na butelkę. Pewnego razu któryś z bardziej wnikliwych kolegów zauważył że butelka stoi ale jest pusta. Nikt z nas tego nie zrobił bo nie pijaliśmy wina poza takimi świętami jak sylwester. Pewnie właściciel piwnicy znalazł w niej wino albo ktoś zauważył nasz schowek i je wypił. Nie wiem tego do dnia dzisiejszego Nowy rok tego roku spędzaliśmy bez alkoholu na szwendaniu się po osiedlu do późnych godzin nocnych i wygłupianiu, robieniu wszystkim żartów i psikusów. W sylwestra przeważnie wypijało się "parę gram" alkoholu i wtedy chodziło się po dworze udając, że alkohol na nas działa niesamowicie. Może i trochę działał ale dużo było w tym udawania, bekało się, zataczało i mamrotało. Pewnego razu szwendaliśmy się w nocy w Nowy Rok po osiedlu, kolega udawał pijanego, zataczał się mamrotał. W pewnym momencie spotkaliśmy jego rodziców którzy szli z domówki. W jednej chwili kolega zaczął się zachowywać trzeźwo, gdy zobaczył swoich rodziców nagle otrzeźwiał.  Zazwyczaj w noc sylwestrową, przed północą, grupą kolegów z podwórka szliśmy na pobliskie górki z których obserwowaliśmy miasto. Górki położone były po północnej stronie osiedla i rozciągał się z nich widok na całe miasto. Obserwowaliśmy z nich fajerwerki. Czasami przygotowywało się kapsle z saletrą które puszczaliśmy jako nasze fajerwerki. W tamtych czasach w Sylwestra prawie nie było puszczanych fajerwerków, sporadycznie gdzieś strzelały. Przeważnie akcja sylwester dla nas kończyła się po oglądaniu fajerwerków i powrocie na plac przed blok.


Akcja "lejek" odbywała się w drugi dzień Świąt Wielkanocy. Lany poniedziałek, smingus-dyngus, był to dzień polewania wodą inne osoby. Tego dnia rano, po śniadaniu spotykaliśmy się na placu przed blokiem, każdy z nas przynosił ze sobą wiaderko pełne wody. Przez cały dzień biegaliśmy po osiedlu i polewaliśmy inne napotkane osoby. Oblewaliśmy wszystkich których napotkaliśmy na naszej drodze. Od osób z innych innych grup po pojedyncze osoby, dzieci młodzież, dorośli, kobiety, mężczyźni, każdy kto się napatoczył, kończył mokry. Po terenie osiedla tak jak my biegało z wiadrami wiele grup młodzieży z różnych placów osiedlowych. Były to grupy dzieci i młodzieży szwendających się po terenie osiedla z wiadrami i butelkami pełnymi wody. Zazwyczaj każdy plac na osiedlu miał swoją grupę i w tych grupach młodzież się poruszała. Czasami dochodziło do spotkań i oblewania się grup pomiędzy sobą. Najciekawiej było zawsze po zachodniej stronie osiedla przy przystanku autobusowym w drodze do kościoła. Tego dnia autobusy były pełne ludzi jadących do kościoła na mszę. Ludzie jechali autobusami, przeważnie kobiety, żeby uniknąć oblania wodą. 
Źródł: facebook Radom Retrospekcja
 

 
 
Kilka grup czaiło się w pobliżu przystanku autobusowego, żeby po zatrzymaniu się autobusu i otworzeniu drzwi wejściowych przez kierowcę zlać wodą podróżujących pasażerów w środku autobusu. Nasza grupa podchodziła do takiego autobusu i gdy otworzył drzwi wlewaliśmy setki litrów wody na ludzi.


Wszyscy przemoczeni pasażerowie byli na nas bardzo źli a mieliśmy ubaw po pachy. Po takiej akcji wszyscy uciekaliśmy w osiedle. Czasami kierowca autobusu nie zatrzymywał się na przystanku tylko jechał kilkadziesiąt metrów dalej, za przystankiem wypuszczał ludzi i szybko odjeżdżał. Po osiedlu kręciło się dużo grup dzieci i młodzieży z wiadrami pełnymi wody. Na wyposażeniu grup były nie tylko same wiadra ale też butelki plastikowe, pistolety na wodę torebki foliowe wypełnione wodą i inne dziwne pojemniki. Przeważnie akcje polewania odbywały się na terenie osiedla ale czasami zachodziliśmy pod pobliski kościół. Pod kościołem pilnowała porządku milicja i przeganiała takich polewających jak my. Pewnego razu kolega nie zauważył patrolu pod kościołem oblał jakieś dziewczyny i dostał pałą po tyłku od milicjantów. Po tym wydarzeniu raczej omijaliśmy tereny pobliskie kościoła. Czasami na osiedlu jeździły patrole milicji obywatelskiej i ganiały polewających. My mieliśmy swój system ostrzegania i udawało nam się ich oszukiwać. Za czym podeszli lub podjechali to my już wiadra w klatkach pochowaliśmy i staliśmy w grupie na placu jak grzeczne dzieci. Co z oczu, to z serca (powiedzenie ludowe). Pewnego razu miała miejsce śmieszna sytuacja. Jeden "kolega", taki laluś podwórkowy, chłopaczek, który się z nami raczej nie kolegował bo uważał się za lepszego od nas a nasze zachowania komentował jako dziecinne i głupie, Wtedy wyszedł z mieszkania wyrzucić śmieci. Gdy przechodził od klatki do śmietnika szedł obok placu na którym my staliśmy. Wyrzucił śmieci i gdy wracał z powrotem akurat podjechała milicja. Laluś szedł z koszem na śmieci i wyglądał na polewającego innych. My wiadra mieliśmy tradycyjnie pochowane w klatce i grzecznie staliśmy przy barierce boiska. Laluś szedł z koszem i milicjant go zawołał żeby podszedł. My wtedy specjalnie zaczęliśmy krzyczeć. Uciekaj, ora milicja, wyrzuć wiadro, długa. Milicjanci szybko podbiegli do niego i go złapali. Chłopak się poryczał, wyszła jego matka, porozmawiała z milicjantami i go puścili. My mieliśmy ubaw niesamowity. Kolejna sytuacja była jak powiedzieliśmy koledze, że nasza koleżanka właśnie będzie wychodzić z klatki schodowej bo ją widzieliśmy przez okno na półpiętrze. Kolega podbiegł z wiaderkiem wody i stanął przed klatką. Gdy drzwi się otworzyły kolega chlusnął z partyzanta i wylał całe wiadro wody ale na sąsiada z żoną, którzy wystrojeni szli do kościoła. Wystroił się jak stróż w Boże ciało (powiedzenie ludowe). Facet takiej furii dostał, że myśleliśmy, że rozerwie kolegę. Stary, ale jary (powiedzenie ludowe). Zapał go za rękę i kopiąc po tyłku wchodząc po schodach zaprowadził do rodziców. Kolega mieszkał w tej klatce a to był jego sąsiad. Oglądając tą sytuację niektórzy z nas popłakali się ze śmiechu. W lejka używało się jeszcze do oblewania woreczków z wodą, które się zrzucało z okna klatki obok ludzi woda po rozerwaniu woreczka oblewała przechodnia. Pewnego razu staliśmy w oknie klatki ktoś szedł na dole, to była jakaś kobieta. Padła komenda rzucamy. Rzucił na raz worki z wodą. Po chwili jeden kolega wyjrzał zobaczyć efekt rzutu i usłyszał swoje imię i słowa "ja ci w domu pokarzę". Okazało się, że ta jakaś kobieta to była jego matka, którą oblaliśmy wodą. Dostał w domu niezłe lanie. Co się odwlecze to nie uciecze (powiedzenie ludowe).
Kolejna listopadowa Akcja "znicz". Nazwa pochodzi od świeczek które się ustawia na grobach zmarłych w dniu ich święta. Polegała na spotkaniach się kolegów z podwórka w Święto zmarłych i wyprawie po północy na cmentarz. Podczas spotkań przed wyruszeniem zazwyczaj przesiadywaliśmy w siłowni i opowiadaliśmy sobie straszne historie o duchach. Tej akcji towarzyszyły jeszcze gry zawierające elementy straszenia typu przynieś w nocy przedmiot z piwnicy.
Nie rozumiem, czemu ludzie boją się cmentarzy. Tak naprawdę to jedyne miejsce, którego mieszkańcy nie mogą nikomu zrobić krzywdy (powiedzenie ludowe). Najbliższy cmentarz był położony kilka kilometrów od naszego podwórka, za pobliskim zalewem na zachód od osiedla.


Zabawa polegała na wyprawie po północy na pobliski cmentarz i spacerowaniu po nim. W dzień Wszystkich Świętych, my mówiliśmy również wszystkich zmarłych. Szliśmy w nocy pochodzić po cmentarzu, żeby udowodnić naszą odwagę. Cmentarz był bardzo stary, zapuszczony, było na nim wiele drzew i krzewów. Był zaniedbany, tylko gdzie nie gdzie paliły się jakieś pojedyncze znicze. Strach było przebywać na tym cmentarzu w dzień a co dopiero w nocy.


Po północy na cmentarzu oprócz nas nie było żywej duszy, cicho spokojnie i strasznie. Zazwyczaj pochodziliśmy kilka minut po cmentarzu i wracaliśmy do domów. Przeważnie w grodze na cmentarz pierwszy szli najodważniejsi ostatni  ci stachliwsi, my mówiliśmy na nich cykorzy. W drodze powrotnej było zupełnie odwrotnie pierwsi szli co się cykali a ostatni najodważniejsi. Mieliśmy zabawę podczas przechadzki każdy po kolei z zaskoczenia od końca łapało się za ramię osobę przed sobą. Raczej reakcjami osób był śmiech i odpyskiwanie. Pewnego razu idący pierwszy kolega po złapaniu zareagował  bardzo dziwnie, inaczej niż reszta grupy, wystraszony nie obrócił się, nic nie mówił, przyspieszył kroku i w pewnym momencie pobiegł w stronę osiedla. Spotkaliśmy go dopiero na osiedlu na placu. Siedział na ławce wystraszony i raz mówił że, coś zobaczył, sam nie wiedział co. Innym razem że bardzo zachciało mu się za potrzebą i pobiegł. My i tak wiedzieliśmy że pobiegł ze strachu otrzymał od nas na pewien czas przydomek cykor. W drodze na cmentarz żeby było straszniej opowiadaliśmy sobie historie o duchach. Pewnego razu na cmentarzu była taka przygoda, że pogonił nas chyba jakiś struż albo po prostu jakiś facet, mieliśmy wtedy niezłego stracha. Jak trwoga, to do Boga (powiedzenie ludowe). Wchodząc w nocy na cmentarz zobaczyliśmy pomiędzy nagrobkami stojącego jakiegoś faceta. Gdy nas zauważył zaczął coś mówić i iść w naszą stronę. Było to dla nas dziwne po północy na cmentarzu, nas cała grupa on sam i idzie w naszą stronę. Facet zaczął biec w naszą stronę i coś krzyczeć, pomimo że nas było cała grupa mieliśmy okropnego stracha i zaczęliśmy uciekać, połowę drogi do domu przebiegliśmy a to był gdzieś kilometr. Po tym zdarzeniu pojawiło się w opowiadaniach na placu wiele historii o Zombi i żywym trupie na cmentarzu, ktoś bandaże widział, a ktoś mówił, że facet nogi i ręki nie miał, ktoś inny że on mówił w jakiś starożytnych językach. Tyle ile osób było tyle teorii i historii było. Wyjścia na cmentarz były sprawdzeniem naszej odwagi, często dla podwyższenia napięcia wyprawy, po powrocie na podwórko podczas siedzenia na placu lub w kaciapie opowiadaliśmy jeszcze różne historie o duchach. Strach ma wielkie oczy (powiedzenie ludowe). W dzień Wszystkich Świętych po wyprawach kończyliśmy na posiadówkach w kanciapie albo w siłowni. Jedna i druga mały mroczne korytarze do nich prowadzące. Spędzaliśmy czas na opowieściach o duchach i różnych grach i zabawach z tym związanych.


Kanciapa była to komórka w piwnicy blokowiska podobna do siłowni tylko z przeznaczeniem do posiadówek a nie ćwiczeń fizycznych. W jedne i drugiej było nie przyjemnie w dzień, ciemno straszno i ponuro a co dopiero nocą. Po opowieściach kilku historiach o duchach przychodził czas na straszne zabawy. Nasza główna zabawa polegała na losowaniu osoby która ma za zadanie przejść z kanciapy na drugi koniec piwnicy i zostawić tam na podłodze jakiś przedmiot. Kolejna wylosowana osoba miała ten przedmiot znaleźć i przynieść. Pierwszy miał łatwiej położył przedmiot i przybiegł z powrotem. Drugi musiał ten przedmiot znaleźć i przynieś a to mu chwilę zajmowało. W międzyczasie reszta grupy wprowadzała napięcie strasząc, wydając dziwne odgłosy, szurając przedmiotami. Pewnego razu pierwszy kolega poszedł i położył na drugim końcu piwnicy kasetę magnetofonową. Drugi wylosowany poszedł po kasetę w międzyczasie któryś z kolegów pobiegł za nim i zgasił światło w piwnicy. Zapanował zupełna ciemność. Szukający kasety zaczął krzyczeć, szybko ktoś zapalił z powrotem światło. Szukający zamiast wrócić do kanciapy wybiegł z piwnicy przed klatkę. Myśleliśmy że uciekł do domu ale po kilku minutach przyszedł z powrotem do kanciapy, miał kasetę ale ktoś zauważył że ma mokre spodnie w kroku. Na pytanie czy się posikał ze strachu odpowiedział, mówił, że nie, zachciało mu się sikać i wybiegłem przed piwnicę. My wiedzieliśmy swoje a on swoje. Kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy trochę lata (powiedzenie ludowe).


Akcja "jajeczko" polegała na spotkaniu się wspólnie z kolegami na placu rano w sobotę Świąt Wielkanocnych i przejściu do kościoła ze święceniem. Czasami niektórzy mówili akcja "święconka". Podczas takiego spotkania zbieraliśmy się w kilkanaście osób na placu i wszyscy razem szliśmy do kościoła poświęcić pokarmy. 
Źródło: Kielce na przestrzeni lat
Fot: Album "Kielce 1988" Andrzej Pęczalski / Jerzy Piątek.

 
 
Po święceniu wracaliśmy na plac przed lokiem albo na staliśmy przy barierkach boiska i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Pewnego razu już po święceniu, tradycyjnie staliśmy w grupie przy barierkach. Postawialiśmy obok nas  na ziemi koszyki ze święcenia i dyskutowaliśmy na przeróżne tematy. W pewnym momencie widzimy, że z kolegi koszyczka jakiś szwendający się pies wyciąga kiełbasę i zjada. Kolega wściekł się strasznie, huknął na tego psa ale pies zabrał kiełbasę i uciekł. My prawie posikaliśmy ze śmiechu.
Źródło facebook Kielce na przestrzeni lat


Takie różne akcje mieliśmy na naszym podwórku i z nimi związane gry i zabawy podwórkowe. Poza tradycyjnym świętowaniem uroczystości kościelnych my wymyślaliśmy sobie własne sposoby spędzania czasu wolnego połączone z tradycyjnym obchodzeniem uroczystości kościelnych.
Tak to opopwiadanie widzi IA: 
 


056 - Zrobienie siłowni.

Męstwa na siłowni nie wyrzeźbi się (powiedzenie). Na naszym podwórku powstawały przeróżne inicjatywy społeczne. Jedną z nich było zrobienie siłowni sportowej w pomieszczeniach piwnic jednego z bloków. Kuj żelazo póki gorące (powiedzenie). Do siłowni wchodziło się z klatki schodowej bloku mieszkalnego. Po wejściu przez drzwi klatki schodowej gdzie prowadziły schody w górę do lokali mieszkalnych a dół za drzwiami schodziło się do komórek lokatorskich nazywanych przez nas ogólnie piwnicami. W jednej z takich piwnic urządziliśmy sobie amatorską siłownię sportową.


Prawie każda grupa młodzieży z okolicznych podwórek miała taką siłownię w piwnicach blokowisk. Było to masowe zjawisko występujące w środowisku miejskim osiedli z "wielkiej płyty", w tamtych czasach. W jednych grupach kryły się one pod hasłem siłownia innych kanciapa czy piwnica. Były to miejsca do posiadówek, imprez i biesiadowania, czy tak jak u nas ćwiczeń fizycznych i kulturalnego spędzania czasu wolnego. Z inicjatywy młodzieży z naszego podwórka powstała siłownia w piwnicy siłownia sportowa. Zaadoptowaliśmy lokale komórek w bloku w którym było mieszkanie moich rodziców. Było to pomieszczenie składające się z dwóch komórek lokatorskich połączonych ze sobą. Było ono dosyć duże powierzchniowo w porównaniu z innymi komórkami w tej klatce. Były tam duże, ładne drzwi wejściowe okratowane i widne okno również okratowane. Piwnica była tak zabezpieczona, że czasami żartowaliśmy, że gdyby się paliło to byśmy się nie wydostali na zewnątrz i żywcem w niej spłonęli. Wcześniej, przed naszym zaadoptowaniem tych pomieszczeń ktoś w niej prowadził jakąś działalność gospodarczą bo piwnica różniła się od innych piwnic była zadbana, dobrze zabezpieczona i bardzo duża. Nasza piwnica w odróżnieniu od innych osiedlowych oficjalnie była zapisana w administracji osiedla na rodziców jednego z kolegów i co miesiąc przez nas opłacana. Żeby zapisać taką piwnicę trzeba było uzyskać zgodę 80 procent mieszkańców klatki. na takie przeznaczenie użytkowania jak siłownia społeczna, żadna działalność gospodarcza. My mieliśmy prawie 100 procent. Jedna osoba z klatki się nie zgodziła. Jedna jaskółka wiosny nie czyni (powiedzenie ludowe). Taki starszy, dziwny facet chyba nas nie rozumiał i nam nie podpisał zgody. Czegoś się wystraszył chyba, że mu chcemy jego piwnicę chcemy zabrać. To było mało istotne bo mieliśmy wystarczającą ilość podpisów. Kwestią umowną co miesiąc składaliśmy się na opłaty czynszu do administracji za siłownię. Była to nieduża kwota bo było nas kilkunastu członków. Po przystosowaniu pomieszczeń skompletowaliśmy sprzęt do ćwiczeń. Podczas korzystania z siłowni systematycznie dbaliśmy o jej stan techniczny i czystość. podnosiliśmy stan wyposażenia sprzętu przez uzupełnianie i modernizację. Pomieszczenie siłowni to był jeden prostokątny pokój ok 6 na 4 metry. W pomieszczeniu ściany były pomalowane farbą olejną do wysokości 150 cm. od ziemi. Taka lamperia z farby, łatwo ścieralna powłoka. powyżej lamperii pomalowana zwykła farba kredowa. Na głównej ścianie duże stare lustro. Na ścianach bocznych plakaty z kulturystami. Na podłodze mieliśmy stare sztukowane wykładziny i dywany poprzynoszone przez nas z domów. Pod oknem stało stare rozkładane łóżko turystyczne. Na jednej ze ścian zamontowany był metalowy wyciąg do ćwiczeń, samoróbka. Mieliśmy dwie ławeczki ze stojakami. Dwie sztangi z łącznym obciążeniem ponad 200 kg, kilka hantli, skręcanych ze zmiennym obciążeniem. Siłownia była wystarczająco wyposażona żeby móc w niej ćwiczyć w sposób amatorski. Większość odważników była robiona przez nas na zamówienie lub toczona na warsztatach szkolnych i zakładach pracy. Sprzęt był robiony przez nas albo organizowana na różne sposoby. Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka (powiedzenie ludowe). Poza sportami siłowymi w siłowni spędzaliśmy czas wolny na posiadówkach, grach karcianych, planszowych, wspólnym oglądaniu filmów z magnetowidu, wygłupach. W tamtych czasach magnetowidy były oznaką luksusu.


Miało je w domach kilu kolegów. Robiło się zrzutę na wypożyczenie kaset wideo z filmami albo ktoś przynosił kasety z przegranymi w domu filmami. Przegrywało się filmy w ten sposób że wypożyczony film z wypożyczalni kopiowało się w domu poprzez podłączenie do siebie dwóch magnetowidów. Z początku filmy w wypożyczalniach nie miały żadnych zabezpieczeń, nawet niektóre z nich były powielane przez właścicieli. Takie  kasety video z filmami z wypożyczone albo pochodzące z domowych zbiorów przynosiło się razem z zestawem do oglądania a był to telewizor, odtwarzacz lub magnetowid i wspólnie w siłowni oglądaliśmy filmy. O siłownię trzeba było systematycznie dbać, sprzątać remontować, naprawiać sprzęt Raz na tydzień lub dwa tygodnie, zazwyczaj w soboty mieliśmy dni gospodarcze. Zbierało się  kilka wyznaczonych osób i robiliśmy sprzątanie siłowni. Wyglądało to w ten sposób, że ktoś przynosił odkurzacz, ktoś inny zmiotki szufelki, wiadra z wodą, ścierki i robiliśmy generalne porządki. Mycie, sprzątanie, odkurzanie, trzepanie dywanów. Każdy z nas członków musiał co najmniej raz w miesiącu uczestniczyć w sprzątaniu. Nigdy tego nie pilnowaliśmy. Przeważnie podczas sprzątania przychodzili wszyscy, kto tylko mógł. Były wtedy takie wygłupy i żarty, że każdy chciał w nich uczestniczyć. Przychodziło nas aż za dużo osób, trzeba było część wyganiać bo przeszkadzali. Podczas prac techniczno-porządkowych towarzyszyły nam przeróżne wygłupy i zabawy. Jedna z nich to była zabawa tak zwana "na portfel". Okno siłowni wychodziło na ścieżkę skracającą drogę chodnika przechodzącą obok bloku. Była to bardzo uczęszczana ścieżka przez okolicznych mieszkańców. Przechodziło nią bardzo dużo osób zwłaszcza w sobotnie popołudnie. Podkładaliśmy na ścieżce portfel z jednej strony przymocowany do żyłki wędkarskiej. Portfel był wypchany papierami i wyglądał bardzo kusząco tak jakby było w nim dużo pieniędzy. My byliśmy schowani w piwnicy przez okno obserwowaliśmy portfel trzymając drugi koniec żyłki. Przechodzący ścieżką ludzie nabierali się uważając, że znaleźli portfel. Gdy próbowali go podnieść my ciągnęliśmy za żyłkę i portfel im uciekał. Zabawę mieliśmy przy tym niesamowitą, ubaw po pachy. Gdy ludzie się orientowali, że sobie z nich żarty robiliśmy to odchodzili speszeni. Raz facet się zorientował, że to portfel jest na żyłce. Stanął na nią i zerwał z niej portfel. Podniósł go i zabrał ale po paru krokach wyrzucił. To była nasza ulubiona zabawa, po pewnym czasie większość mieszkańców pobliskich bloków ją znała i nie nabierali się na nią. Pewnego razu podczas takiego dnia gospodarczego wygłupialiśmy się na całego, było bardzo głośno i któryś z mniej przychylnych nam sąsiadów zawiadomił administrację. Przyszli na kontrolę komisyjnie w kilku pracowników administracji, my mówiliśmy ADemu. Akurat skończyliśmy sprzątanie. Zostało tylko nas kilku, większość osób poszła już do domów. Naleciała nas ochota na partyjkę szachów. Gdy weszła komisja zostało nas trzech w tym dwóch grało w szachy a jeden się przyglądał,. Siłownia była wysprzątana, wywietrzona, czysta i pachnąca. Porozglądali się trochę. Komisja z administracji zapytała czy będziemy malować siłownię to oni w ramach wsparcia jakieś farby zorganizują. Z fartem, że pomyślnie dla nas przeszła kontrola. Podejrzewaliśmy, że któryś, "uprzejmy" sąsiad nas podkablował do administracji bo zazdrość tyłek ściskała że mamy takie duże pomieszczenie do dyspozycji i pewnie chętnie by je przejął dla siebie. Hałasy z siłowni były pretekstem do wezwania pracowników administracji. Siłownia poza miejscem kształtowania ciała spełniała również funkcję, miejsca spotkań towarzyskich. Jak była kiepska pogoda na podwórku i nie dało się siedzieć na placu bo na przykład padało. Leje jak z cebra (powiedzenie ludowe). spotykaliśmy się w siłowni i siedzieliśmy tam godzinami grając w karty, słuchając muzyki, oglądając filmy. Siłownia była takim stworzonym przez nas miejscem w którym mogliśmy pod dachem spędzać czas wolny. Obecnie podobną funkcję pełnią świetlice osiedlowe dla dzieci i młodzieży. Tylko jest taka różnica, że nas nikt nie musiał pilnować i nie mieliśmy wyznaczonych godzin przebywania. Mieliśmy niepisane zasady i regulaminy których musieliśmy przestrzegać. Za niewłaściwe zachowania mieliśmy system kar np: zakaz wstępu na jakiś czas do siłowni włącznie z całkowitym wyrzuceniem. W siłowni spędzaliśmy czas przesiadując do późnych godzin nocnych. Rodzice się o nas nie martwili bo wiedzieli gdzie jesteśmy Jak jakiś rodzic bardzo się za kimś "stęsknił" to podchodził pod okno i stukał w szybę lub wołał, żeby iść do domu. Nie chce góra przyjść do Mahometa, musi Mahomet przyjść do góry (powiedzenie ludowe). Zrobienie i prowadzenie siłowni było naszą podwórkową inicjatywą społeczną. Uprawianie sportów siłowych w pewnej mierze przyczyniło się do wyboru przez kilku kolegów z podwórka uczelni sportowych.

055 - Rzucanie pomidorami.

Kolejna z naszych podwórkowych zabaw trochę chuligańska. Występowała tylko w okresie letnim. ze względu na pomidory które używaliśmy jako naboje Gdy kota nie ma, myszy harcują. (powiedzenie ludowe) Jak codzień w naszym miejskim środowisku osiedlowym głównie czas spędzaliśmy na podwórku lub w mieszkaniach blokowisk. Gdy na dworze była brzydka pogoda to przesiadywaliśmy w klatkach schodowych bloków lub w mieszkaniach kolegów. W jednej klatce boku a dokładnie mieszkaniach prowadzących od tej klatki mieszkało obok siebie trzech kolegów. Jednego rodzice byli zapalonymi działkowcami. mięli w mieszkaniu bardzo dużo pomidorów pochodzących z ich ogródka. Na parapetach mieszkania pod oknami miał poukładane dziesiątki albo i setki zielonych, czerwonych, pomarańczowych, mniejszych, większych, mniej i bardziej dojrzałych pomidorów które służyły nam jako naboje do naszej zabawy. Któregoś razu podczas przesiadywania u tego kolegi ktoś wpadł na pomysł może by tak porzucać tymi najbardziej dojrzałymi pomidorami z okna. Tak się rozpoczęła zabawa w rzucanie pomidorami. Z czasem doszedł element celowania w przechodniów. Zabawa była oryginalna i trochę chuligańska.


Zbieraliśmy się w kilku kolegów przy oknie klatki schodowej. Okno było blisko mieszkania jednego z kolegów od którego mieliśmy nasze naboje. Wypatrywaliśmy naszych celów w które rzucaliśmy pomidorami. Taka dziwna chuligańska zabawa ale nam dawała wiele frajdy i radości. Kolega wynosił nam kilka najbardziej dojrzałych pomidorów z mieszkania. Po namierzenia naszego celu, przeważnie osoby nie za młodej i nie za starej. Rzucaliśmy w nią naszymi nabojami. Padała seria strzałów dokładnie obok niej tak żeby nikogo nie trafić, a bardziej żeby ją przestraszyć. Przeważnie dojrzały pomidor kiedy lądował na asfalcie obok naszego celu to rozpryskiwał się chlapiąc dookoła. Wkurzało to bardzo przechodniów a nam sprawiało frajdę i mieliśmy dobrą zabawę. Czasami były sytuacje, że obrzucane osoby podskakiwały ze złości przeklinając przy tym na głos. Bardzo śmiesznie to wyglądało. Młodzi zazwyczaj porozglądali się chwile i szli dalej. Starsi reagowali bardzo nerwowo i najczęściej mężczyźni. Kobiety czasami nie reagowały w ogóle albo się bały i udawały, że nic się nie stało albo nie chciało im się zawracać głowy takimi wybrykami. Naszymi ofiarami padali zazwyczaj wszyscy przechodnie od kobiet po mężczyzn w średnim i starszym wieku. W staruszków i dzieci nie rzucaliśmy. Największa frajda była jak szedł jakiś kolega znajomy to wtedy po oddaniu serii rzutów ujawnialiśmy się śmiejąc się głośno z naszych wygłupów. Zazwyczaj po oddanej serii rzutów chowaliśmy się pod parapet, żeby nikt nas nie zauważył. Tak było przeważnie, że nasze cele nie wiedziały kto i skąd padają rzuty. Jak już ktoś nas zauważył to uciekaliśmy szybko do jednego z trzech pobliskich mieszkań kolegów. Chowaliśmy się u tego kolegi u którego nie było w danym czasie rodziców, zamykaliśmy się w mieszkaniu i udawali że nikogo nie ma. Cała ta zabawa była aktem dziecięcych chuligańskich wybryków ale nam sprawiała wiele frajdy przez ryzyko które w niej występowało. Za każdym razem po rzutach pochowani pod parapetem okna baliśmy się że nasze cele przyjdą do klatki i nas złapią. W zabawie tej chodziło o element ryzyka. Staraliśmy się nikogo nie krzywdzić tylko narobić stracha i sami uniknąć odpowiedzialności. Czasami zdarzało się że odłamki pomidora lądowały na ubraniach przechodniów z czego nie byli zadowoleni. Pewnego razu podczas rzutów pomidorami z klatki schodowej była by prawie wpadka i zostali byśmy złapani. Po serii rzutów w jednego faceta ten zorientował się skąd one padły i przyszedł do klatki w której byliśmy schowani. Słysząc że facet do nas idzie schowaliśmy się w mieszkaniu jednego z kolegów. W tym czasie przyszli jego rodzice i powiedzieli, że jakiś mężczyzna chodzi po klatce puka do mieszkań i  szuka chłopców, którzy rzucają z okna pomidorami. Rodzice kolegi chyba się domyślali, że to o nas chodzi bo w klatce innych takich dzieci poza nami nie było, i pomidorów na oknie brakowało ale nic więcej nie mówili. Na środku pokoju mieliśmy asekuracyjnie rozłożoną grę planszową i zgodnie mówiliśmy, że o niczym nie wiemy bo gramy w grę planszową. Wszystko, co dobre, szybko się kończy (powiedzenie ludowe). Pewnego razu zakończyliśmy naszą zabawę w rzucanie pomidorami, kiedy zauważyła nas mama jednego kolegi i przyszła do rodziców opowiedziała im o naszych wybrykach. Koledze się oberwało i skończył się nasz dostęp do pomidorów a tym samym nasza zabawa w rzucanie w przechodniów.

054 - Proca

Bardzo popularna zabawą dzieci i młodzieży wielkomiejskich blokowisk w tamtych czasach było strzelanie z procy. W życiu z reguły mamy dwie szanse pierwszej nie wykorzystujemy, a w drugą nie wierzymy (powiedzenie ludowe).


Proca nam na podwórku służyła jako zabawka ale jej konstrukcję znaliśmy z historii gdzie była używana jako broń. W czasach mojego dzieciństwa była ona w wersji zabawowej znana na terenie całego kraju. Miała zastosowanie jako: narzędzie w wędkarstwie do nęcenia ryb, broń na wojnach, a na podwórkach tak jak u nas jako zabawka. była nieduża poręczna, prosta do wykonania i służyła do wystrzeliwania przedmiotów. Miała dużą siłę rażenia. Mierzyła od kilku do kilkunastu centymetrów. a przedmiot wystrzelony spokojnie leciał na kilkanaście metrów w górę. U nas na podwórku były dwie wersje procy. Jedna na kamienie druga na sztyfty. Różniły się konstrukcją i dostosowaniem do wystrzeliwanych przedmiotów. W obu wersjach był to kij drewniany, rozgałęziający się patyk w kształcie litery igrek "Y". Pojedyncza nóżka służyła do trzymania jej ręką podczas strzału a do dwóch przeciwległych końców rozgałęzienia mocowało się gumkę np. od majtek. w wersji na kamienie mocowało się do gumki np. łatkę skórzaną, która przytrzymywała przedmiot. Przedmioty wystrzeliwało się po zwolnieniu naprężonej gumki, był on wystrzeliwany siłą naciągniętej gumy. Im mocniejsza i dłuższa gumka tym większa siła i zasięg wystrzelonego pocisku. W zależności od użytego naboju i mocy użytej gumy mogła wystrzelonym kamieniem nabić siniaka, rozciąć skórę, zbić szybę. Ta druga wersja procy różniła się dostosowaniem do wystrzeliwanych pocisków. Była dokładnie taka sama jak ta na kamienie tylko bez łatki na gumce. Służyła do wystrzeliwania "sztyftów", zagiętych małych drucików na kształt litery "V",   
Proca na sztyfty.

Proca na kamienie i inne przedmioty. 


Proca na kamienie wzbogacona była o prostokąt z grubego materiału, najczęściej skóry, umieszczony na gumce, który służył do trzymania przedmiotów podczas wystrzału. Przedmiotami tymi zazwyczaj były kamienie i od nich pochodziła nazwa rodzaju tej procy Na kulki i z drzew, guguły i inne rzeczy które nam przychodziły do głowy.  Druga wersja, na sztyfty to była sama gumka z której wystrzeliwało się zagięte metalowe druciki wyginane w kształcie litery "V". Każdy z nas na podwórku miał procę, którą dało się szybko przerabiać, zmieniało się tylko gumki. Procą na kamienie przeważnie strzelało się na podwórku, w otwartym terenie, procą na sztyfty w budynkach w szkole i w domu, choć nie było to regułą. Proca na kamienie miała bardzo dużą siłę nośną lepszą niż strzelanie z patyka, była cicha i można. Poza grami i zabawami z jej użyciem można było z niej wystrzelić różne nie duże przedmioty.


Proca zarówno ta na kamienie jak i na sztyfty służyła głównie do gier rywalizacyjnych takich jak strzelanie do celu do tarczy, czy strzały w kolejności do wybranego celu. Siła uderzenia była tak duża że sztyft spokojnie przechodził przez tarczę zrobioną z tektury na wylot. Proca była czasami niebezpieczna  dla strzelającego. Trzeba było jej umiejętnie używać. Podczas jednej z domowych rozgrywek w strzelanie do celu oddawaliśmy precyzyjne strzały do tarczy. Jeden kolega tak dokładnie mierzył do celu trzymając procę przy twarzy, że mocowanie puściło i oberwał gumką pod oko tak, że miał siniaka i podbite oko. Początkowo się wystraszyliśmy ale gdy zobaczyliśmy, że ma tylko podbite oko to ubaw mieliśmy nie z tej ziemi. Inny kolega śmiejąc się z tego zdarzenia sam oberwał po chwili w podobny sposób. Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku (powiedzenie ludowe).  Proca służyła na podwórku jako zabawka do gier ale i chuligańskie narzędzie. Pewnego razu wyrównaliśmy rachunki z jednym facetem co nas kablował milicji jak się ganialiśmy na sklepach. Oliwa nierychliwa ale sprawiedliwa (powiedzenie ludowe). Gdy się ganialiśmy po sklepach ten facet stał na balkonie i mówił milicji gdzie uciekamy. Konfident i okularnik. Okularnik bo nosił bardzo duże okularach a konfident bo na nas kablował. W ramach zemsty postanowiliśmy mu podokuczać. Poszliśmy pod jego balkon. Ktoś wpadł na pomysł żeby mu strzelić psią kupą z procy w okna balkonowe. Kupa uderzyła w okno ale była sucha i poza stukotem rozpadła się na części. Byliśmy niezadowoleni. Kolejny plan zawierał worek foliowy i rzadką psią kupę, specjalnie rozciapaną. Ten plan był lepszy. Efekt był zadowalający, zabrudzona cała szyba i balkonu psimi odchodami. Zemsta jest słodka (powiedzenie ludowe). Proca na podwórku miała wiele zastosowań. Służyła głównie do gier i zabaw ale i do chuligańskich wybryków. Można było wystrzelonym z niej kamieniem wybić szybę na czwartym piętrze bloku czy zrobić dziurę w szybie z pajęczynką strzelając metalową kulką. Nabić komuś siniaka albo po prostu postrzelać do celu na punkty. Podczas strzelania z procy była dużo większa siła i precyzja strzału niż w innych naszych podwórkowych przyrządach do strzelania. Można nią było rywalizować w gry wymagające dużej precyzji albo wstrzelić nieduży przedmiot do kolegi, przez okno do mieszkania, na piętro. Zastosowań procy było tak wiele jak wiele pomysłów mieliśmy w głowach. Proca była zabawką fajną i niebezpieczną dawniej w historii służyła jako broń, u nas na podwórku służyła do gier i zabaw podwórkowych.

053 - Strzelanie z patyka.

Kolejną zabawą wypełniającą nasz czas podwórkowy wolny było strzelanie z patyków czyli rzucanie gugułami nabitymi na patyk. Cel uświęca środki (powiedzenie ludowe)Podobnie jak jabłka do pieczenia nad ogniskiem nabijało się  guguły na patyk.



Strzelanie z patyka to była prosta forma zabawy podpatrzonej z filmów przyrodniczych.  My mówiliśmy na placu, że idziemy postrzelać patykiem i wszyscy wiedzieli o jaką zabawę chodzi. Idąc do tartaku, sadu pomiędzy ulicami lub na ogródki działkowe zaopatrywaliśmy się w kije i guguły, niedojrzałe owoce jako naboje. Kijki były cienkie, długie, giętkie zaostrzone na końcu. Gugułami nazywaliśmy niedojrzałe owoce, najlepiej do tego nadawały się niektóre jabłka i pigwa. Zazwyczaj były to kilkucentymetrowe zielone, twarde jabłuszka. Nabijaliśmy je na zaostrzone patyki którymi przez wymach wyrzucaliśmy nabite guguły w powietrze. Siła razy ramie, długi patyk, mocny wyrzut i guguły leciały bardzo daleko. Siła wyrzutu była tak duża, że potrafił bez problemu przelecieć przez czteropiętrowy budynek mieszkalny. Czasami wystrzelone guguły potrafiły polecieć  na wysokość dziesięciopiętrowego budynku, sprawdzaliśmy to na pobliskim miasteczku akademickim. Tam stały takie budynki na które dla zabawy wrzucaliśmy owoce.  Zazwyczaj w podczas szwendania się po osiedlu po zajęciach szkolnych chodziliśmy z kolegami i w ramach zabijania nudy strzelaliśmy gugułami w co popadło: drzewa, budynki, znaki drogowe, kosze na śmieci. Jak rzucaliśmy w drzewa to taka była prędkość naszego pocisku że aż było słychać szum jej pędu i rozrywanych liści przez które przelatywał. Tak duża była siła i szybkość, że podczas lotu wydawały świst przecinającego powietrza. Po doleceniu do celu zazwyczaj roztrzaskiwały się na częćci. Do siebie z guguł nie strzelaliśmy bo było to niebezpieczne. Gdy oberwało się niedojrzałym, twardym owocem z taką siłą to miejsce uderzenia bardzo bolało i były po nim na skórze ogromne siniaki. Jedną z zabaw podwórkowych w której wykorzystywaliśmy nasze patyki były strzały do celu. Rysowaliśmy tarczę na elewacji bloku i po kolei oddawaliśmy strzały do tarczy na punkty. Kolejną zabawą było umilanie życia upierdliwym sąsiadom, jeden z nich mieszkał na czwartym piętrze i  zawsze krzyczał na nas i przeganiał gdy graliśmy w piłkę na trawniku. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. (powiedzenie ludowe) Był to bardzo upierdliwy facet jeden z tych co systematycznie stali na balkonie i coś notowali i wszystkich się czepiał z byle powodu. Myślał, że jak mieszka na czwartym piętrze to mu nic nie zrobimy. Systematycznie rzucaliśmy w jego balkon gugułami. Tylko szyby trzaskały. Robiliśmy akcje o różnych porach dnia. Zbieraliśmy się w kilka osób ustalaliśmy pozycję ataku, szybkie bombardowanie i ucieczka. Strzelaliśmy po jednej serii w jego okno. Jeśli guguła trafiła w okno to huk był olbrzymi. Kolejną zabawą było strzelanie z patyka w jakiś wybrany cel jak kosz na śmieci budkę telefoniczną czy śmietnik, znak drogowy. Cele które hałasowały dawały nam więcej frajdy z zabawy. Po strzeleniu w znak drogowy było słychać brzdęk, w budynek bloku było głuche uderzenie. Strzelało się po kolei na punkty. Jedna osoba wybierała cel i oddawała do niego strzał. Jeśli trafiła każdy po niej miał trafić w ten sam cel mając tylko jedną próbę. Jeśli pierwsza osoba nie trafiła kolejna wybierała cel. Zasady tej zabawy były podobne do gry, rzutów do kosza z wybranego miejsca na boisku tylko zamiast rzutów były strzały owocami do wybranego celu. O cel nie było trudno zawsze się coś wyznaczyło. Któregoś razu kolega wybrał za cel zderzak zaparkowanego samochodu  ale po pewnym czasie ktoś tym samochodem odjechał. Innym razem wpadliśmy na pomysł żeby nawrzucać guguł komuś przez okno na czwartym piętrze. Ktoś zostawił otwarte na oścież okno i przysłonił firanką. Idealny cel. Trudne strzały bo na czwarte piętro i firanka zatrzyma wpadające do pomieszczenia guguły żeby nie zdemolowały mieszkania. Zapewne mieszkańcy się zdziwili skąd u nich w domu na podłodze tyle zielonych nakłuwanych jabłek. Strzelanie z guguł było jedną z popularniejszych naszych zabaw podwórkowych ze względu na prostotę narzędzia, kawałek kija i dostępność nabojów. Gier i zabaw z wykorzystaniem strzelania było wiele. Wybierało się cel ustalało zasady i zabawa gotowa. Czasami dla atrakcyjności zabawy i podniesienia poziomu rywalizacji wymyślaliśmy kary dla przegranych. Pewnego razu wpadliśmy na pomysł że wygrany strzeli w tyłek z guguły przegranemu. Podczas wykonywania kary strzelił ale nie trafił w tyłek a guguła poleciała w okno i wybiła szybę przy drzwiach wejściowych na klatkę  schodową. Koledze kara się upiekła bo szybko musieliśmy stamtąd uciekać. Często podczas wystawania pod klatkami czy na placu strzelało się z nudów, w powietrze i czasami kulki spadały stwarzając śmieszne sytuacje. Pewnego razu ktoś wystrzelił gugułę bez celu, w powietrze po pewnym czasie spadła jakieś pięćdziesiąt metrów od placu na którym staliśmy. Chodnikiem szło kilku facetów gugua spadła na plecy jednego z nich. Spowodowało to kutnię między nimi. Nas ta sytuacja rozbawiła zaczęliśmy się głośno śmiać. Chyba się kapnęli, że mamy z tym coś wspólnego bo zaczęli kierować się w naszą stronę. My nie długo myśląc uciekliśmy w bloki. Jak na wszystkie nasze gry i zabawy tak i na strzelanie z patyków była na podwórku moda, która po pewnym czasie przeminęła, i już dzisiaj nie pamiętam kiedy skończyliśmy z naszej trochę chuligańskiej zabawy w strzelanie z patyka.

052 - Strzelanie splówkami.


Rywalizacja mobilizuje do działania (powiedzenie ludowe). Kolejną z naszych zabaw podwórkowych było szwendanie się po okolicy i strzelanie ze splówek. Splówka to była taka nasza forma broni, podpatrzona na filmach przygodowych u Indian,była to dmuchawa, świstuła. 



My tą broń służącą głównie do zabawy nazywaliśmy splówkami. Nazwa jej zapewne pochodziła od słowa pluć. Były one przeważnie zrobione z tworzywa sztucznego, plastiku, sporadycznie z metalu. Splówki to były najczęściej plastikowe rurki o długości około metra i średnicy około centymetra, kupowaliśmy je w sklepie elektrycznym, to była jakaś izolacja do przewodów ale świetnie nadawała się na naszą broń. Po odpowiednim przygotowaniu strzelało się z nich "nabojami", owocami z drzew i krzaków lub papierkami, kulkami. 



Na osiedlu przed klatkami rosło bardzo dużo krzaków a na nich nieduże okrągłe owoce o nieznanej mi nazwie które, my nazywaliśmy kulki, służyły one jako naboje do splówek. Owoce te początkowo w okresie dojrzewania były zielone i twarde ale z czasem robiły się ciemno bordowe, prawie czarne i miękkie. Kiedy były zielone świetnie się nadawały do naszych  rurek, miały różną wielkość można je było łatwo dobierać jako nasze naboje. Było ich bardzo dużo na podwórku, przed każdą klatkom rosło po kilka krzaków a na nich tysiące kulek. Również za naboje służyły nam owoce jarzębiny. Wkładaliśmy kulkę do rurki albo do buzi i wystrzeliwaliśmy ją za pomocą wdychanego powietrza przez rurkę. Przy okazji strzelania ćwiczyliśmy pojemność płuc. W ten sposób wystrzelony nabój leciał na odległość kilkudziesięciu metrów. Nie była to powalająca siła w porównaniu z naszymi innymi przyrządami do strzelania jak proca czy patyki ale wystarczyła do dobrej zabawy. Wystrzelona kulka potrafiła narobić hałasu uderzając o szybę okna na przykład: na czwartym piętrze bloku mieszkalnego. Poza podwórkową jeszcze była szkolna odmiana splówki. była dużo mniejsza zazwyczaj zrobiona z korpusu długopisu lub flamastra. Nabojami były przeżute kartki papieru lub kulki z plasteliny. Te szkolne były małe a ich naboje, przeżuta kartka sprawiały nieprzyjemne uczucie po trafieniu, tak jakby ktoś został opluty. Przeżuty w buzi nabój był o tyle funkcjonalny że przyklejał się do ścian i sufitu i nie wydawał dźwięku podczas uderzenia, przynajmniej nie był taki głośmy jak kulki z plasteliny czy plastiku nie mówiąc o metalowych. Splówki z rurek plastikowych używanych na podwórku miały większą siłę rażenia niż te małe szkolne rurki. Służyły nam przed blokiem do zabawy, wygłupów, żartów, toczyliśmy na nie wojny na placu zabaw. Gdy się dostało kulką jeszcze zieloną to trochę bolało ale nie zostawał żaden ślad natomiast gdy kulka była dobrze dojrzała to brudziła ubranie. Niektórzy specjalnie nagniatali kulki żeby bardziej plamiły. Czasami strzelaliśmy dla zabawy kulkami z okna klatki schodowej w przechodniów. Zabawa polegała na tym że jeśli osoba przechodząca przed klatką stanęła nogą na studzienkę kanalizacyjną to strzelaliśmy w tą osoby po czym chowaliśmy się w oknie pod parapetem. Był ostrzał celu i chowanie podobne jak w zabawach w rzucanie pigułami czy pomidorami tylko amunicja była inna. To były zazwyczaj krótkie serie po jednym strzale bo nabój wystrzelony ze splówki wydawał charakterystyczny świst podczas lotu i było słychać skąd strzelamy. Wersja szkolna była o wiele mniejsza i bliżej leciały wystrzelone pociski. Używana była podczas lekcji w momencie gdy nauczyciel odwrócony był plecami do klasy i nie widział kto strzela. Odbywały się wtedy mini wojny w ławkach pomiędzy uczniami. Wersjami szkolnymi zrobionymi z rurek od długopisów na przerwach międzylekcyjnych graliśmy na punkty, strzelając do celu. Z kartek mieliśmy zrobione tarcze do których po kolei na punkty oddawaliśmy strzały. Wygrywała osoba która uzbierała największą ilość punktów. Naboje do rurek szkolnych były z przeżutego papieru, plasteliny albo plastikowe lub metalowe kulki. Naboje dobierało się w zależności od zabawy i przeznaczenia. Przeżute kartki służyły do robienia psikusów i walki bezpośredniej. Plastikowe kulki do różnych gier na punkty, z plasteliny do wojen na lekcjach. Metalowe kulki do robienia dziur w oknach. Kulki z owoców do strzelania po podwórku. Zawsze musi być jakiś cel, żeby odczuwało się chęć (powiedzenie ludowe).


Z dużej splówki wystrzelone kulki metalowe, my mówiliśmy "kulki z łożyska" robiły w szybie małą dziurkę z pajęczynkom. Siła lotu kulki zależał od długości rurki, i siły wydmuchu. Kulki metalowe były na specjalne okazje, były trudno dostępne a po wystrzeleniu robiły dużo szkody. Stosowane do robienia dziur w oknach i gry w strzelanie do tarczy zrobionej z kartki papieru którą bez problemu przebijały. Umieszczało się tarcze zrobioną z kartki papieru na miękkim podłożu. Tapczan w domu albo na piachu w piaskownicy. Metalowa kulka po wystrzeleniu robiła dziurę w kartce i przechodziła na wylot. Inną wersją gry było strzelanie ze splówki do tarczy narysowanej na bloku gdzie nabojami były owoce z krzaków. Pozostawiały ślady na tarczach narysowanych na elewacji bloku.  Zazwyczaj taka tarcza służyła tylko do jednej rozgrywki .Po kilku rozgrywkach połowa bloku była wymalowana tarczami z poodbijanymi śladami owoców. Splówki zarówno w grach i zabawach szkolnych jak i podwórkowych służyły nam jako element zabawy ale czasami też były używane przez nas jako broń. Pewnego razu byliśmy w pobliskim sadzie niedaleko osiedla gdy podczas siedzenia na drzewach pod nami  nie wiadomo skąd się wzięła gromada kilku bezpańskich psów. Dobrze że mieliśmy splówki ze sobą bo zaczęliśmy w nie strzelać i pouciekały. Innego razu jakieś pijaczki siedziały na naszej ławce obok trzepaka. Dość że pili na niej alkohol w najlepsze to pluli na płytki i sikali na śmietnik. Robili niesamowite bydło będąc u nas na ławce w gościach. Nie znaliśmy ich nawet z widzenia. Postanowiliśmy im dać nauczkę wybraliśmy do tego splówki. Padały pomysły o kije i proce i guguły ale nauczeni inną sytuacją kiedy pijaczki tak oberwały gugułami z kijów na placu, że nie mogli z niego odejść. Doszliśmy do wniosku że wystarczające tym razem będą splówki. Schowaliśmy się za pobliskimi krzakami i strzelając w nich seriami przegoniliśmy ich z naszej ławki. Do pewnego wieku używaliśmy splówek. W pewnym okresie czasu była na nie moda . Po całym osiedlu biegały grupy młodzieży z rurkami i strzelali we wszystko co popadnie.  Później moda przeminęła i nawet nie pamiętam kiedy skończyło się strzelanie ze splówek.  Była to jedna z gier i zabaw podwórkowych mojego dzieciństwa.

051 - Zbijanego na siatkach.

Kolejną z gier i zabaw podwórkowych było zbijanie na siatkach. Chodzenie a nawet bieganie po barierkach i siatkach należało do naszych codziennych zabaw podwórkowych. Gra w zbijanego na siatkach polegała na przemieszczaniu się po powierzchni ogrodzenia. Pomiędzy blokami na podwórku było asfaltowe boisko ogrodzone barierkami i zabezpieczone wysoką konstrukcją zabezpieczoną metalową siatką. Na podwórku o tej konstrukcji mówiliśmy po prostu "siatka" i każdy wiedział o co chodzi. Mieliśmy swoje nazewnictwo gier i zabaw. Siatki były wykorzystywane do wielu gier i zabaw podwórkowych jak: syfa, zbijanego, ganianego, chodzenie po nich, króla, wampirów i ludzi, dziada.


Siatka po dwóch stronach boiska zabezpieczała okna pobliskich mieszkań przed wylatującymi piłkami z boiska, dla nas siatka służyła do gier i zabaw. Mierzyła jakieś 5 metrów wysokości i rozciągała się na całej długości z dwóch stron, krótszych boków boiska. Była stabilna, zrobiona z przeplatanego metalowego druta i kątowników. Oczka drutu pozwalały łatwo łapać się palcami i wkładać w nie czubki butów podczas wspinaczki. Poruszanie się przez nas po nich wyglądało trochę jak bieganie po wybiegu przez małpy w zoo. Poruszaliśmy się po nich skacząc, wieszając się, kołysząc byliśmy zwinni, sprytni i wysportowani i nie sprawiało nam to trudności. Siatka była idealna do naszych zabaw. Na zewnętrznych krawędziach miała solidne metalowe kątowniki co powodowało że była stabilna. Osadzona była na grubych metalowych rurach z ogromnymi wspornikami. Cała konstrukcja była bardzo solidna, nieruchoma, masywna. Samo bieganie po niej było dla nas niesamowitą frajdą nie mówiąc o grach i zabawach wspinaczkowych z elementem rywalizacji. Hulaj dusza, piekła nie ma. (powiedzenie ludowe) Powierzchnia siatki z jednej strony to było ze 100 metrów kwadratowych, powodowała, że mogliśmy bez przeszkód ganiać się, wieszać i wspinać nie mówiąc o samym siedzieć na niej. Chodzenie po niej, wspinanie się, siedzenie na niej sprawiało nam frajdę a gdy doszedł element rywalizacji to zabawa na siatkach była dla nas czymś wspaniałym i nie do zastąpienia. Były dwie odmiany naszych podwórkowych gier na siatkach. Pierwsza rzucana. Druga kopana. Obie zabawy polegały na tych samych zasadach różniły się tym, że w jednej zabawie piłkę się kopało a w drugiej rzucało. Był jeden ganiający i pozostali uciekający. W zabawie chodziło o trafienie piłką uciekającego poprzez kopnięcie lub rzucenie jej. Ganiający miał za zadanie trafić piłką, "zbić" innego uczestnika zabawy uciekającego. Jeśli osoba został trafiona, dotknęła jej piłka wtedy stawał się ganiającym a rzucający mógł być uciekającym jak pozostali. Uczestnicy zabawy mogli porusza się po wyznaczonych miejscach. Ganiający tylko po ziemi dookoła siatek i nie mógł na nie wchodzić a reszta uczestników uciekająca mogła tylko biegać po siatkach nie mogą schodzić na ziemię. przeważnie wyglądało to że uciekający przechodzili z jednej strony siatki na drugą i tak w koło. Kopana zabawa była bardziej popularna i trudniejsza,  polegała na, trafieniu piłką do nogi, przez kopnięcie osoby znajdującej się na siatce. Samo kopnięcie było łatwiejsze, mocniejsze i precyzyjniejsze ale po wykopaniu trzeba było chodzić daleko po piłkę.

Podczas gry kopanej jak i rzucanej osoba trzy razy trafiona odpadała z gry. Do trzech razy sztuka. W tamtych czasach byliśmy tak sprawni i zwinni że trafienie piłką poprzez kopnięcie, osoby biegającej po siatkach zajmowało kilkanaście minut i było niezwykle trudne. Podczas zabawy w odmianę kopaną nie można było w ogóle dotykać piłki rękami. Obwiązywała zasada" Piłka parzy". Ogień to, czy lód, parzy tak samo - (powiedzenie ludowe). Oznaczało to, że nie można jej było w ogóle dotykać co groziło konsekwencjami w postaci kar umownych typu wykluczenie z gry. Kto wyrażał zgodę na uczestniczenie w zabawie i łamał jej zasady otrzymywał kary. Obecnie współczesna młodzież podobne karanie podczas łamania ustalonych zasad nazywa „banem”. Czasami uczestnik zabawy za łamanie zasad w ramach ostrzeżenia, za swoim przyzwoleniem dostawał kopniaki w tyłek tak zwane:”trepy”. Kopniaki to była łagodna forma ostrzeżenia. Ostrą forma kar przy nagminnym łamaniu zasad było całkowite wykluczenie z zabawy, izolacja z gry była najsurowszą formą kary. Pewnego razu podczas zabawy starszy brat kolegi, z którym się ganialiśmy, wyszedł na podwórko z psem. To był duży „bokser”, pies którego się baliśmy a wtedy smycze i kagańce były stosowane rzadko albo wcale. Puścił psa żeby sobie biegał po boisku. Pies szybko podbiegł do siatki na której siedzieliśmy. Zabawę natychmiast przerwaliśmy, ganiający wskoczył na siatkę. Pies krążył pod siatką a my na niej siedzieliśmy i baliśmy się z niej zejść. Starsze chłopaki siedziały na barierkach i mieli z nas dobrą zabawę czyli tak zwaną "polewkę". Nikt nie schodził bo nie chciał ryzykować bezpośredniego spotkania z psem Padały pomysły żeby szybko zeskoczyć i pobiec do pobliskiej klatki schodowej w bloku, żeby wskoczyć na pobliskie drzewo słupa ale na pomysłach się kończyło nikt nie chciał ryzykować. Jeden kolega musiał do toalety i nie mógł już wytrzymać to sikał z siatki co dawało dodatkowy ubaw starszym chłopakom. Tak musieliśmy siedzieć na siatce przez długi czas, aż jeden ze starszych chłopaków tak się śmiał, że wzbudził zainteresowanie psa który pobiegł za nim. Podbiegł i zaczął na niego warczeć szczekać ten się wystraszył i również wskoczył na siatkę. Tym razem to my pomimo że siedzieliśmy uwięzieni  na siatce mieliśmy z niego polewkę. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Podczas zabawy na siatkach często zdarzały się upadki przeważnie kończyły się niegroźnie. Pewnego razu ganiający po kopnięciu piłką tak oberwał że spadł z siatki na trawnik z wysokości około dwóch metrów ale nic mu się nie stało. Innym razem ganiający biegł i w pędzie wpadł na siatkę uderzają głową w metalowy słupek. Po uderzeniu siadł na murku posiedział kilka minut i ganiał dalej po spotkaniu z słupkiem została mu na jakiś czas pamiątka guz na czole. Podczas tych zabaw systematycznie zdarzały się stłuczenia, zwichnięcia, drobne kontuzje. Były też mniej fajne sytuacje gdy kolega spadając z siatki nic sobie nie zrobił ale wpadł w psią kupę leżącą ma trawniku. Jeśli wdepnął nogą to nic się nie stało ale raz kolega upadł twarzą w kupę na trawniku. Dla niego mało fajna sytuacja dla pozostałych okazja do śmiechu. Nasze gry i zabawy podwórkowe niosły ze sobą wiele nieprzewidzianych sytuacji i perypetii. Co dziennie działo się coś dala jednych zabawnego, śmiesznego dla innych smutnego i przykrego.