074 - Siatkówka

Wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze (powiedzenie ludowe). Gdy chodziłem do szkoły podstawowej nauczane były cztery podstawowe zespołowe gry sportowe. Piłka nożna, ręczna, koszykówka i siatkówka. i te gry znaliśmy dzięki zajęciom wychowania fizycznego. Piłka siatkowa była również jedną z naszych podwórkowych gier ale występowała raczej w wersji uproszczonej. Ograniczenia jej w naszym wykonaniu wynikały głównie z umiejętności, dostępności sprzętu i boisk. O boisku do siatkówki z prawdziwego zdarzenia, w czasach mojego dzieciństwa, mogliśmy sobie pomarzyć.W okolicy były prowizoryczne boiska. Najbliżej położone boisko do siatkówki było za szkołą. Pomijając te na hali w szkole było to najlepsze z dostępnych przez nas boisk zewnętrznych. Było to pełnowymiarowe boisko z liniami namalowanymi na asfalcie, farbą olejną i metalowymi słupkami. Najbardziej przypominało profesjonalne boisko do siatkówki, było asfaltowe miało odpowiedni wymiar, linie i słupki do siatki. W tamtych czasach, wśród kolegów z podwórka chyba nikt na podwórku nie miał piłki do siatkówki bo zawsze graliśmy piłkami do piłki nożnej. Siatkę do gry robiliśmy sobie sami, ze sznurka i powiązanych starych szmat. Nasza siatka bardzo dziwnie wyglądała była dziurawa jak ser szwajcarski ale w tamtym czasie lepszej na podwórku nie było. Prawdziwą siatkę widywaliśmy tylko w szkole na lekcji WF i telewizji podczas oglądania meczów reprezentacji. Podstawową odmianą siatkówki na podwórku była tak zwana "trzepakowa". Tworzyliśmy sobie sami boiska w różnych miejscach na podwórku. Gra wtedy odbywała się przez trzepak przy śmietniku, huśtawki i przez sznurek rozwieszony pomiędzy drzewami. Nie mając odpowiedniej infrastruktury w okolicy sami sobie dobieraliśmy miejsca i dostosowaliśmy je do gry. Były to proste boiska i uproszczone zasady gry na nich. Bardziej "profesjonalną" wersją naszej siatkówki podwórkowej była odmiana gry na boisku za szkołą. W tamtych czasach zainteresowanie dyscypliną sportu, siatkówką nie było zbyt duże, mało kto z nas znał przepisy i zasady tej gry. Podstawy jej znaliśmy głównie ze szkoły z lekcji WF. W mieście którym mieszkałem nie było drużyn piłki siatkowej a jeśli były to nic o nich nie wiedzieliśmy. Na podwórku siatkówkę uważaliśmy za grę typowo dziewczęcą ale w nią grywaliśmy. Nasze postrzeganie siatkówki jako gry dla dziewcząt wynikało e szkoły z zajęć WF. W szkole na zajęciach grały w nią głównie dziewczyny. Chłopcy grali na wuefie  w nią bardzo rzadko ale znaliśmy podstawowe jej przepisy. Nudziła nas ta gra. Jej przebieg był mało dynamiczny, serwis - punkt, serwis - punkt i tak w koło. Mówiliśmy, że: "akcja w niej toczyła się tak szybko jak w szachach. Podczas naszych rozgrywek zarówno szkolnych jak i podwórkowych podania i akcje raczej nie występowały, chyba że komuś nie wyszło "przebicie" piłki na drugą stronę boiska i inny gracz dobił. Nieplanowane podanie podczas ataku. Przeważnie gra polegała na bezpośrednim przebijaniu na drugą stronę siatki co powodowało, że była mało interesująca i nudna. Gracze stali na boisku jak te kołki, nie było w tej grze rywalizacji a jeśli była to nie w naszym wykonaniu. Odmiana siatkówki szkolnej na etapie podstawówki nie należała do naszych ulubionych zespołowych gier sportowych. Inaczej było z wersją podwórkową, "trzepakową", która była przez nas zmodyfikowana. Wersji podwórkowych było kilka: Pierwsza i chyba najbardziej popularna była gra przez trzepak. 
Źródło facebook grupa Kielce i Okolice Wczoraj i Dziś
Fotografia: Z. Marczewski


Była to podwórkowa mini gra siatkowa wyróżniało ją miejsce jakim był nim trzepak. Grało się po jednej lub dwie  osoby w drużynie. Boiskiem był teren wokół a siatką konstrukcja trzepaka. Boisko stanowiły płytki chodnikowe lub klepisko. Linie były namalowane kredą, trawą lub usypane z piasku. Siatkę stanowiła konstrukcja. Czasami przewieszaliśmy nasze ubrania przez rurkę trzepaka żeby bardziej przypominało prawdziwe boisko. Jeśli chodzi o piłkę to szału nie było. Grało się czym popadło głównie piłkami do nogi ale czasami różnymi pompowańcami, nawet balonami w bezwietrzne dni. 


W tamtych latach chyba nikt z moich kolegów nie miał prawdziwej piłki do siatkówki. Prawdziwe piłki do siatkówki widzieliśmy tylko w szkole na zajęciach i telewizji. W grze trzepakowej graliśmy: indywidualnie i parami. Ze względu na wielkość boiska drużyna liczyła jedną lub dwie osoby. Zasady gry w naszej wersji były bardzo uproszczone. Zagrywka z poza linii końcowej zazwyczaj jednorącz. Odbicia podczas gry jednorącz i oburącz z dużą tolerancją podwójnego odbicia. Podania miedzy graczami raczej nie występowały, było bezpośrednie przebijanie piłki na stronę przeciwnika. Gra indywidualna dopuszczała trzy odbicia do piłki. Jeden gracz mógł dotknąć trzy razy pod rząd piłki. Gra deblowa dopuszczała trzy kontakty z piłką drużyny ale gracz nie mógł dotknąć dwa razy pod rząd piłki. Podczas gry deblowej czasami występowały podania pomiędzy zawodnikami. Było to bardzo rzadkie zjawisko ale czasami do tego dochodziło. Była znaczna różnica pomiędzy tym jak powinna wyglądać gra właściwa a jak wyglądała nasza uproszczona wersja trzepakowa. W pobliżu naszego podwórka mieliśmy kilka trzepaków na których grywaliśmy. Nasz ulubiony stał niedaleko boiska na podwórku. Kolejną odmianą naszej siatkówki podwórkowej była wersja przez huśtawki. Na osiedlach z wielkiej płyty były place zabaw na których stały huśtawki dla dzieci. Były to place o podłożu asfaltowym na którym znajdowały się pojedyncze i podwójne konstrukcje huśtawek dla dzieci. Jeden z takich placów zabaw był na naszym podwórku i na nim stały podwójne huśtawki które my wykorzystywaliśmy do gry w siatkówkę. Teren gry wyznaczały namalowane na asfalcie linie kredą, trawą albo usypane z piasku. Siatką była konstrukcja huśtawek i przez nią odbijało się piłkę. Grało się pojedynczo lub parami. Ta wersja była druga pod względem popularności. Jeśli mieliśmy do wyboru grę na trzepaku lub na huśtawce zawsze wybór padał na trzepak. Czasami trzepak był zajęty albo posmarowany olejem i wtedy zostawała wersja siatkówki przez huśtawkę.Trzecią odmianą naszej siatkówki podwórkowej była wersja  na trawniku pomiędzy drzewami przez sznurek. Terenem gry był trawnik na podwórku pomiędzy blokami. Rozwieszało się sznurek pomiędzy drzewami i odbijało się nad sznurkiem piłkę. Sznurek był zwykły najzwyklejszy. |Piłka tradycyjnie do nogi albo pompowaniec. W tej odmianie siatkówki chodziło głównie o rekreacyjne odbijanie piłki i graliśmy w nią często z dziewczętami z podwórka. Nie chodziło w niej o rywalizację i punkty ale o zabawę i samo odbijanie. Wspólne spędzanie czasu z dziewczętami. Podczas tej gry dochodziło do rozmów z płcią przeciwną co w środowisku podwórkowym zachodziło bardzo rzadko i było uważane za obciach. Byliśmy w takim wieku że nie było obciachem w szkole odpisywać od dziewczyn lekcje ale obciachem było z nimi rozmawiać nie mówiąc o wspólnej zabawie. Dziewczęta i chłopcy przebywali w swoich grupach i grupy te rzadko wspólnie się bawiły. Kto się czubi, ten się lubi (powiedzenie ludowe)Z czasem dorastania te podziały rozmywały się i zanikały, wręcz powstawała odwrotność przebywania. Na tym etapie dorastania i w tamtym czasie podczas gry w siatkówkę wersji trawnikowej można było sobie porozmawiać z dziewczętami nie będąc narażonym na naśmiewanie i konsekwencje ze strony kolegów. W grę trawnikową grało bardzo dużo osób. Nie była określona ilość graczy ani liczebność drużyn, płeć, wiek. Nikogo nie obchodziły umiejętności graczy. Nie liczył się wynik. Jedni dochodzili inni odchodzili w czasie gry, "wolna amerykanka". Gra polegała na tym że trzeba było tylko odbijać piłkę gdy leciała w twoją stronę. Była to odmiana rekreacyjna, towarzyska siatkówki bez rywalizacji. Kolejna wersja siatkówki występująca w okresie uczęszczania przeze mnie do wyższych klas szkoły podstawowej była boiskowa siatkówka zbliżona do gry właściwej.
Źródło:  foto z Muzeum historii Kielc. Zdjęcie poniżej pochodzi z kroniki Osiedlowego Klubu Miniatura KSM).



Gra odbywała się na boisku asfaltowym za szkołą. Wymiarowe boisko z namalowanymi liniami i słupkami, pomiędzy którymi  z początku zamiast siatki wieszaliśmy sznurek. Sznurek przewieszaliśmy kilka razy tak, że tworzył kilka linii imitacja siatki. Gra odbywała się po kilku zawodników w drużynie. Drużyny były od czterech do maksymalnie sześciu zawodników. Celem tej była sama gra i zdobywanie punktów ale bez ilości końcowej. Gra przeważnie toczyła się cały czas, na okrągło, punkt za punktem, set za setem. Podczas gry zmieniali się zawodnicy, jedni dochodzili do gry inni odchodzili. Ktoś szedł do domu na obiad, a to ktoś przyszedł i dochodził w trakcie gry. Podczas jej ciągłego trwania panowała zasada, żeby po obu stronach siatki było mniej więcej po równo graczy i niech gra się toczy. Jeśli ilość graczy zaczęła przekraczać sześć osób w drużynie tworzyło się więcej drużyn i rozgrywało się mecze na zasadzie drużyna wygrana zostaje, przegrana schodzi. Przepisy gry były bardzo podobne do przepisów gry we właściwą siatkówkę ale bardzo uproszczone, z dużą tolerancją błędów i mecz trwał bez końca. Na tym poziomie już pojawiały się podania, ataki z wyskoku, bloki, ataki z drugiej linii. Czasami pojawiał się samozwańczy sędzia. Była to osoba która znała mniej więcej przepisy i próbowała sędziować. Gra trwała ciągiem nawet kilka godzin potrafiliśmy rozgrywać kilkanaście meczów  pod rząd. Po trzech setach były zmiana stron albo zmiana drużyn i grało się dalej. Już podczas tych gier na boisku za szkołą jeden z kolegów z osiedla zaczął przynosić prawdziwą piłkę i siatkę do siatkówki. To była profesjonalna odmiana siatkówki w porównaniu z poprzednimi wersjami: trzepakową, huśtawkową czy trawiastą.

Źródło youtube Najzabawniejsze Polskie Kroniki Filmowe- Lata 60/70 Dokument Polski


Wersja trzepakowa i huśtawkowa była bardzo prosta i dawała nam wiele frajdy, zadowolenia i zabawy. Wersja trawnikowa była  bardzo rekreacyjna i koedukacyjna. Dopiero wersja za szkołą, na asfalcie, boisku z siatką i liniami była namiastką gry właściwej, prawie profesjonalna. W szkole poznawaliśmy zasady tej gry a na podwórku je doskonaliliśmy na swój sposób. Były wersje podwórkowe  gdzie miejscem gry był: trzepak, huśtawki, trawnik i grała w nie młodzież z naszego podwórka służyły głównie poznawaniu i zabawie. Osiedlowa gdzie miejscem gry było wymiarowe boisko za szkołą i grała w nią młodzież z całego osiedla na prawdziwym boisku z siatką służyły doskonaleniu i  zabawie. Takie były moje początki tej zespołowej gry sportowej krok po kroku coraz wyżej. Wersja podwórkowa, szkolna uczelniana i treningi. Jako dziecko grywałem w tą grą rekreacyjnie i poznawałem jej zasady. Na studiach grywałem w wersję właściwą i podczas pracy zawodowej przez jedenaście lat trenowałem ją i występowałem na turniejach wojewódzkich. Czym skorupka za młodu nasiąknię tym na starość trąci - powiedzenie ludowe.

073 - Pływanie

Aby być szczęśliwym, trzeba pragnąć, działać - powiedzenie ludowe. Pomimo że mieszkaliśmy w środowisku miejskim i dorastaliśmy na podwórku przed blokowiskiem nie było wśród moich kolegów osoby, która nie umiała pływać. Każdy z nas lepiej lub gorzej ale sobie radził w wodzie. Umiejętności w pływaniu zdobywaliśmy i doskonaliliśmy na basenach miejskich, zbiornikach wodnych, rzekach, jeziorach. Podczas wypadów na basen, wycieczek nad stawy, rzeki, zbiorniki wodne. uczyliśmy się pływać zazwyczaj sami jeden od drugiego.
Foto ze strony facebook Kielce na przestrzeni lat
Źródło: Fotopolska.eu



Ja i kilku kolegów z podwórka miałem zrobioną podbudowę w pływaniu. W Szkole Podstawowej były organizowane lekcje pływania. Na pobliskim basenie pod okiem instruktora wraz z kilkoma kolegami z podwórka oswajaliśmy się z wodą i uczyliśmy się pływać. Przez te zajęcia załapałem bakcyla do pływania.
Foto z portalu społecznościowego facebook ze strony Fotokielce Galeria Kielc.


Zdj. Tomasz Krzysztofik. Foto z portalu społecznościowego facebook ze strony: Kielce i okolice wczoraj i dziś. 
 

Umiejętności pływackie zdobyte na zajęciach doskonaliłem na basenach miejskich i wyprawach na pobliskie zbiorniki wodne. Gdy tylko przychodziło lato, na dworze prażyło słońce i było tak gorąco, że nie dało się wytrzymać na terenie blokowiska jeździliśmy wtedy na baseny i zbiorniki wodne. Przeważnie podczas takich wypadów nasz pobyt polegał na naprzemiennym zażywaniu kąpieli wodnych i słonecznych. Zarówno podczas pobytów nad zbiornikami wodnymi jak i basenach miejskich czas wypełniało nam wiele naszych gier i zabaw podwórkowych. Większość z naszych zabaw związana była z wodą. Skoki, pływanie czy nurkowanie. Każdy z nas zaczynał od oswajania się z wodą. Później powoli krok po kroku poznawaliśmy podstawowe elementy stylów pływackich. Były pierwsze przepłynięte metry nad i pod wodą. pływania pieskiem, dawanie nura pod wodę skoki na bombę i na nogi do wody. Z czasem wszyscy umieliśmy pływać przynajmniej trzema podstawowymi stylami pływackimi i oddawać skoki na główkę do wody. Oczywiście z technicznym pływaniem nie wiele to miało wspólnego ale każdy z nas bez problemu umiał przepłynąć kilka a nawet kilkadziesiąt metrów nad wodą. Tyle żeby pokonać w szerz basen czy żeby dopłynąć do brzegu z pływającego po jeziorze materaca. Skoki wykonywane przez nas do wody nie były wybitnie techniczne ale był to podstawowy element naszych zabaw i każdy z nas umiał je w miarę dobrze wykonywać.  Co ma pływać nie utonie- powiedzenie ludowe.
Foto z portalu społecznościowego facebook ze strony Grupa Kielce na przestrzeni lat



Te nasze podstawowe umiejętności pozwalały na swobodne pływanie na basenach czy przy brzegach zbiorników wodnych. W pewnym okresie naszego dzieciństwa bardzo popularne było pływanie na pompowanych materacach. 


Materace były to pompowane łóżka, przeznaczone do spania np. w namiocie, które my wykorzystywaliśmy do pływania po powierzchni akwenów wodnych. Świetnie się do tego nadawały. Były modele jedno i dwuosobowe, te pierwsze były sprinterskie, pływało się na nich bardzo szybko, szybciej niż pontonem wiosłowym. Jedna osoba po ułożeniu się wzdłuż materaca na brzuchu odpychała się rękami jak do stylu motylkowego i pływała po powierzchni jak łódź z turbinami bocznymi. Były minusy tego szybkiego pływania otarte ramiona  od tarcia o materac. Materace dwuosobowe były wolniejsze ale mogło na nich leżeć i płynąć nawet do pięciu osób. Układając się w szerz jedna osoba obok drugiej. Wszyscy leżący kopali nogami jak do stylu dowolnego, kraula, skrajni robili za stery machając i odpychając się rękami. W ten sposób pływało się na pompowanych materacach całymi godzinami. Na jednoosobowym szybko ale samemu. Na dwuosobowym wolno ale w kilka osób. Niesamowita zabawa, było spychanie, wywracanie, skoki, podpływania, odpływania przeróżne gry i zabawy z towarzyszącymi im wygłupami na wodzie. Podczas przebywania nad wodą nie zawsze mieliśmy ze sobą pompowane materace. Czasami braliśmy różne dętki od samochodów traktorów i na nich też się pływało, każdy brał to co miał dostępne. Pewnego razu u kolegi w piwnicy znaleźliśmy dętkę jakiegoś samochodu ciężarowego. Była to bardzo duża dętka i stwierdziliśmy że świetnie się nada do pływania po jeziorze. Po wypłynięciu na niej na zbiornik wodny okazało się że schodzi z niej powietrze. Dobrze że pływając na niej w porę się kapnęliśmy i dopłynęliśmy szybko do brzegu. 
 

 
Później się okazało, że kolegi ojciec przyniósł ją z pracy bo była dziurawa i miał ją naprawić. Częstą zabawą podczas pływania na materacach i pompowańcach było podpływanie znienacka i wyciąganie korka zabezpieczającego przed uciekaniem powietrza. Te korki oryginalnie były przymocowane na sznurku przy materacu ale z czasem się zrywały. Niektórzy mieli je podorabiane z wystruganych gałęzi albo z kredki, ołówka. Po wyciągnięciu takiego korka osoba pływająca na materacu żeby dopłynąć do brzegu musiała jedną ręką trzymać zawór a drugą się odpychać. Czasami gdy było już za mało powietrza to trzeba było zeskoczyć i płynąć do brzegu.      



Z pompowaniem naszych pływaków powietrznych było trochę problemu. Materace można było nadmuchać to zajmowało z pół godziny. Z dętkami był problem bo miały wentytlki samochodowe i trzeba było mieć pompkę. Nikt z nas nad wodę nie brał pompki,  nie chciało nam się jej wozić. Gdy już byliśmy nad zbiornikami zazwyczaj szukaliśmy osób zmotoryzowanych, które przyjechały samochodem i miały przy sobie pompkę. Prosiło się wtedy takiego kierowcę o pożyczenie pompki albo napompowanie naszych dmuchańców. Ludzie w tamtych czasach byli pomocni i uprzejmi, znalezienie takiej pomocnej osoby to była chwila moment chyba że przeginaliśmy z prośbami o pompowanie. Pewnego razu podchodziliśmy do jednego faceta chyba z pięć razy. W końcu facio się wkurzył powiedział, że pompuje nam materac ostatni raz. Gdy koledze ponownie wyjęli korek musiał sobie sam ustami pompować.  Pewnego razu podczas naszych zabaw i pływania po jeziorze na materacu popłynęliśmy na drugą stronę jeziora. Podpłynęli do nas ratownicy motorówką i kazali nam płynąć do najbliższego brzegu i wyjść z wody bo nie wolno pływać na zbiorniku na materacu. Musieliśmy drałować kilka kilometrów na piechotę z materacem brzegiem z powrotem do kolegów.


Jeden kolega w tamtych czasach na podwórku miał ponton. To był dopiero luksus i powód do dumy. To był rosyjski ponton czteroosobowy z drewnianymi wiosłami. Prawdziwy luksus, pływanie na nim należało do nie lada przyjemności. Zabierał go ze sobą na nasze wyprawy nad wodę. Pływaliśmy na nim całymi godzinami po okolicznych zbiornikach. Pewnego razu podczas zabaw i wygłupów na pobliskim zbiorniku podpłynęła do nas łódka motorowa z kilkoma facetami na pokładzie. Kazali nam wyjść na brzeg i powiedzieli, że są z milicji obywatelskiej i konfiskują nam ponton. My wystraszyliśmy się, nie bardzo wiedzieliśmy co mamy robić. W pobliżu łowił ryby znajomy wędkarz z osiedla. Jeden z kolegów pobiegł do niego i opowiedział całą historię z pontonem i facetami na motorówce. Wędkarz podszedł do tych milicjantów porozmawiał z nimi i kazał nam zwinąć ponton i jechać szybko do domu. Słyszeliśmy z opowiadań kolegów, że milicja podpływa motorówką do pływających na materacach kierowała ich do brzegu i spuszcza powietrze z materaca i zabierała korki. Nie myśleliśmy, że to nam się przytrafi podobna sytuacja na pontonie. Więcej już nie pływaliśmy na tym zbiorniku. Do pływania na materacach i pompowańcach wybieraliśmy zbiorniki nie strzeżone. Tam można było na nich pływać bez obaw, że nam ktoś je skonfiskuje lub pospuszcza powietrze. Na jednym z pobliskich zbiorników kolegi wujek był ajentem wypożyczani sprzętu pływającego. Mieliśmy tam za darmo do dyspozycji rowery, kajaki i łódki. W sezonie letnim gdy było wypożyczalnia była otwarta przebywaliśmy na tym zbiorniku prawie codziennie od rana do wieczora. Pływając na całym dostępnym sprzęcie wodnym. Warunek korzystania przez nas z tego sprzętu był taki, że zawsze ma być przynajmniej jeden z każdego rodzaju sprzętu do dyspozycji klientów a resztę mogliśmy brać i szaleć na nich do woli. Pływaliśmy na kajakach, rowerach wodnych i łódkach wiosłowych dla nas to był raj na ziemi. Hulaj dusza piekła nie ma- powiedzenie ludowe.


Podczas beztroskiego spędzania czasu nad wodą graliśmy w różne nasze podwórkowe gry i zabawy sportowe i karciane na kary i rozkazy. W piłkę nożną, siatkową, wymyślaliśmy przeróżne zabawy i tak nam upływał beztrosko czas. Jedną z zabaw była zabawa w pożegnania i przywitania. Zabawa polegała na witaniu i żegnaniu się z ludźmi wypoczywającymi na plaży. Było to natarczywe, namolne, spoufalanie się z obcymi ludźmi. Dla żartu żegnaliśmy się z osobami wypoczywającymi na plaży tak jak by byli naszymi bliskimi znajomymi. Ludzie z początku byli zdziwieni ale zazwyczaj żegnali się z nami czule. Czasem ktoś się zorientował, że sobie robimy z niego żarty i nas pogonił albo ochrzanił. Podobne sytuacje występują w filmie  Bogumiła Kobieli "na plaży w Sopocie". Scenariusz i reżyseria: Andrzej Kondratiuk. Film zrealizowany w 1963r. za pomocą ukrytej kamery. Nie wiem skąd w naszych głowach  zrodziła się ta zabawa. Mogę przypuszczać że ten film był jej inspiracją.
Źródło fragment filmu Bogumił Kobiela na plaży w Sopocie. Scenariusz i reżyseria: Andrzej Kondratiuk. Film zrealizowany w 1963r. za pomocą ukrytej kamery.



Takich przeróżnych gier i zabaw mieliśmy dużo. Jedne były związane ze sportem inne nie. Podczas takich pobytów nad wodą głównie zażywaliśmy kąpieli wodnych i  słonecznych a czas pomiędzy nimi wypełniały nam nasze gry i zabawy.  
 Źródło: youtube Kabaret Ani Mru-Mru - Lornetki
 
 
 
W tamtych czasach przepisy wodne mówiły, że podczas pływania na sprzęcie wodnym przynajmniej jedna osoba musiała posiadać kartę pływacką. Podczas wypożyczania sprzętu wodnego trzeba było się okazać takimi uprawnieniami. 
 

Niektórzy z nas posiadali karty pływackie, a ci co ich nie posiadali to mięli takie umiejętności pływania, że bez problemu zdali by na kartę. Czasami gdy chcieliśmy wypożyczyć sprzęt pływający a nikt nie miał ze sobą karty to osoba wypożyczająca stawiała warunek jeśli pokarzemy, że umiemy pływać i przepłyniemy 10 metrów na przykład przy molo to nam sprzęt wypożyczy. I wtedy zazwyczaj wszyscy wskakiwaliśmy do wody i popisywali się swoimi umiejętnościami pływackimi. Podczas tych pobytów nad wodą doskonaliliśmy umiejętności pływania. Na basenie podczas zabaw i gier z elementami pływania takimi jak:  "Na rogi", "Ganianego", "Skoki do wody i inne. Nad zbiornikami podczas pływania na sprzęcie wodnym i zabaw na pompowańcach. Każdy z nas na podwórku umiał lepiej lub gorzej pływać. Nie było takiej osoby która brała udział w naszych wyprawach nad wodę i nie znała choćby podstaw jednego stylu pływackiego. Zarażenie pływaniem w dzieciństwie zaowocowało w późniejszych latach życia rozwijaniem tej pasji. Podczas studiów należałem do sekcji pływackiej i startowałem w  ogólnopolskich zawodach sportowych. Zostałem ratownikiem wodnym, instruktor pływania, sędzią pływania. Uzyskałem patent sternika motorowodnego. Uczyłem pływać dzieci młodzież i dorosłych. Przez kilkanaście lat miałem zaszczyt współpracować z założycielem Świętokrzyskiego Wodnego Pogotowia Ratunkowego. Gdy byłem dzieckiem uzyskałem kartę pływacką. W wieku kilkunastu lat zdałem egzamin na żółty czepek. Podczas studiów uzyskałem uprawnienia młodszego ratownika wodnego później Ratownika Wodnego i przygotowywałem się do zrobienia uprawnień Instruktora Ratownictwa Wodnego ale choroba pokrzyżowała mi szyki i nie zrobiłem tych uprawnień. Podczas studiów sędziego II KL dyscypliny sportu pływania zrobiłem i kilka razy zawody wojewódzkie w pływaniu sędziowałem. Tak pływanie w życiu mi towarzyszyło przed operacją i po niej. Po czterech latach rehabilitacji po operacji i ponad 30 godzinach indywidualnej nauki pływania wszedłem do basenu i przepłynąłem rekreacyjną "żabką" dystans około 10 metrów.  Co uważam za mój ogromny sukces życiowy.  
 
Gry i zabawy na basenach i zbiornikach wodnych przyczyniły się do rozwijania mojej pasji związanej z pływaniem. Pomimo że warunki w czasach PRL były ciężkie to dostęp do sportów wodnych był łatwy. Przy niedużym poniesieniu kosztów finansowych można było sobie świetnie zorganizować czas wolny nad wodą i my to w dzieciństwie wspólnie z kolegami z podwórka to robiliśmy.  W naszym środowisku panowała moda na pływanie. Sami uczyliśmy się pływać jedni od drugich, kolega od kolegi Kilku z moich kolegów z podwórka jak i ja ukończyło wyższe uczelnie sportowe a do tego niezbędna jest  dobra umiejętność pływania, której początki były podczas naszych podwórkowych wypraw nad wodę i baseny.
Źródło fragment filmu Bogumił Kobiela na plaży w Sopocie. Scenariusz i reżyseria: Andrzej Kondratiuk. Film zrealizowany w 1963r. za pomocą ukrytej kamery.


072 - Chodzenie po barierkach.

Żłobki, przedszkola, boiska osiedlowe były ogrodzone metalowymi płotami. My nazywaliśmy je barierkami były wyższe jak ogrodzenie dookoła pobliskiego żłobka i niższe jak ogrodzenie dwóch przedszkoli na osiedlu i boiska obok placu przed blokiem. 



Barierki to były konstrukcje metalowe ogrodzenia zrobionego ze stalowych prętów, kątowników lub siatki z metolowego drutu. Były różnej wysokości te przy boisku miały około 120 centymetrów, te przy żłobku 180. Ogrodzenie boiska przed blokiem było wysokości 120 cm. i szerokości górnej krawędzi 3-4 cm. Była to stabilna i solidna konstrukcja świetnie się nadająca do chodzenia po niej. Przy boisku były wysokie siatki po których się często ganialiśmy, trzymając się ich, ale po ich górnych krawędziach nie spacerowaliśmy, bo były położone jakieś 4-5 metrów nad ziemią i upadek z nich mógł się skończyć tragicznie. Za to sprawiało nam przyjemność chodzenie po tych niższych i prowadzenie na nich naszych podwórkowych gier i zabaw. Jedną z nich była gra w zbijaka. Dzieliśmy się na dwie grupy. Każda osoba z pierwszej grupy miała za zadanie przejść kolejno po barierce odległość około 10-ciu metrów a podczas przechodzenia musiała unikać strącenia piłką kopniętą przez osobę z drugiej grupy. Każdy z uczestników zabawy musiał podjąć ryzyko przejścia barierką, według wylosowanej kolejności. Ilość osób w grupie była ustalana przed rozpoczęciem zabawy jak i kolejność kopania piłki. Osoby celnie i mocno kopiące piłkę były w tej zabawie faworytami, nikt nie chciał przechodzić jak była ich kolejność kopania. Najlepiej mieli pierwsi przechodzący wtedy było najmniej trafień. Z czasem przechodzenia w wyniku trafień piłką narastała wrogość i złość pomiędzy uczestnikami zabawy i ci na końcu mieli przeważnie najgorzej bo obrywali najmocniej. Piłkę można było tylko kopać bez dotykania jej rękami, obowiązywała podwórkowa zasada "piłka parzy". Nawet biegnąc po wykopaną piłkę nie można jej było dotykać rękami. Kopało się po kolei, według ustalonej kolejności. Jeśli osoba kopnęła mocno i nie trafiła przechodzącego, przechodzący miał czas do przejścia bez obstrzału, kolejna osoba mogła rozpocząć przechodzenie po przygotowaniu kolejnego kopiącego i przyniesieniu piłki. Przeważnie wychodziło jedno kopnięcie podczas jednego przejścia. Trzeba było dobrze przymierzyć i jeśli przechodzący został trafiony spadał na trawnik albo na asfalt boiska. Rzadko kiedy trafiona osoba utrzymała równowagę i zostawała na barierce. Po upadku wchodziła z powrotem na ogrodzenie i zaczynał z miejsca gdzie spadła. Upadki były raczej nie groźne bo. umieliśmy upadać tak, żeby nikomu nic się nie stało. Jak się nie wywrócisz to się nie nauczysz (powiedzenie ludowe). Gorzej było gdy się mocno oberwało piłką sam upadek to była pestka. Mocne trafienie bolało bardziej. W tej zabawie pojawiał się element kontrolowanych upadków, wykorzystywany przez nas również w zespołowych grach sportowych. Kolejną z  zabaw z wykorzystaniem chodzenia po barierkach był ganiany. Polegała na tym, że jedna osoba ganiająca miała za zadanie dotknąć innego uczestnika który po dotknięciu stawał się ganiającym. Podstawą jej  było poruszanie się po barierkach i siatkach ogrodzenia bez możliwości dotykania ziemi. Dotknięcie ziemi, upadek powodował, że osoba, która miła kontakt z trawnikiem, chodnikiem stawała się ganiającym. Barierki z dwóch stron miały długość ok 20 metrów z jednej strony brakowało jednego przęsła gdzie było wejście na boisko, tam można było bez konsekwencji przechodzić po ziemi. Po dwóch stronach krótszych boiska ponad barierkami były wysokie siatki po których przeważnie podczas zabawy odbywała się gonitwa. Czasami brało w niej udział kilkanaście osób, intensywność i rywalizacja jej nie była duża ale cieszyła się ona dużą popularnością na podwórku bo lubiliśmy przemieszczać się i wspinać po siatkach. W zabawie w ganianego występował element rywalizacji, ryzyka i obawy przed upadkiem. Podczas przemieszczania się po wąskich krawędziach barierek  dochodziło do niegroźnych upadków. Jeśli osoba poleciała na trawnik to upadek był miękki i niegroźny ale gorzej było gdy upadek był na asfalt to nie było zbyt przyjemne i czasami kończyło się otarciami i siniakami. Pewnego razu podczas ucieczki jeden z kolegów przeskoczył z barierki na pobliskie drzewo. Nie złamał przepisów zabawy ale poza nim nikt inny z nie umiał tam przeskoczyć. Nikt go nie mógł złapał i wyizolował się sam z zabawy. Siedział przez pewien czas na drzewie bo nie bardzo umiał wrócić z powrotem bez schodzenia. W końcu spadł ma ziemie a tym samym stał się ganiającym. Po tej sytuacji zmieniliśmy regulamin zabawy tak, że terenem  były tylko barierki otaczające boisko bez drzew i latarni. Regulaminy i przepisy naszych gier i zabaw podwórkowych były przez nas zmieniane nawet w czasie ich trwania. Odbywało się to demokratycznie, poprzez wprowadzenie i zatwierdzenie zmian większością głosów. Kolejne barierki do zabawy i chodzenia po nich było to ogrodzenie żłobka. Miały wysokość około 180-ciu centymetrów, górna krawędź miała szerokość 3-4 cm. Stabilna solidna konstrukcja. Zrobione były z grubych metalowych prętów umieszczonych w konstrukcji z metalowych kątowników. Po nich głównie chodziliśmy dla samej frajdy chodzenia. Podczas tego spacerowaniu trzeba było zachować szczególną ostrożność ze względu na ryzyko upadku. Upadki z tej wysokości już nie należały do przyjemnych i często kończyły się bolesnymi urazami. Samo wejście na tą barierkę było trudne i wymagało dużej sprawności fizycznej nie mówiąc o spacerowaniu po niej. Był taki okres podczas naszych zabaw na tych barierkach że nie było dnia żeby sobie ktoś czegoś nie zrobił. Były zwichnięcia stłuczenia a nawet i złamania kończyn. Najgorsze były upadki kroczem na barierkę. Wiedzieliśmy jak ich unikać zeskakując na boki. Chodzenie po ogrodzeniach i barierkach miało poza kontuzjami pozytywne znaczenie hartowało nas, uczyło bezpiecznego upadania i było doskonałym ćwiczeniem równoważnym. W okolicy znajdowały się jeszcze inne barierki i ogrodzenia i  czasami chodziliśmy na nie ale ze względu na bliskość położenia boiska i żłobka większość gier i zabaw odbywała się właśnie na nich w pobliżu domu. Pewne gry i zabawy tak jak chodzenie po barierkach podejrzewam że występowały tylko w naszym środowisku na podwórku. Były przez nas wymyślane i dopasowane do otaczających nas warunków i pobliskich obiektów.

 

071 - Trzepak

Moje najlepsze miejsce na ziemi jest gdzieś między Twoim prawym, a lewym ramieniem - powiedzenie ludowe. Trzepak był naszym ulubionych miejscem spotkań w dzieciństwie. Młodzież z podwórka spotykała się i przesiadywała w takich dziwnych, oryginalnych miejscach. Jednym z takich miejsc był właśnie trzepak. Przy trzepaku

spotykało się z kolegami, bawiło w ganianego, bezcelowo wisiało, siedziało, grało w różne gry, ćwiczyło, spędzało czas na zabawach i wygłupach.Jedną z gier podwórkowych z wykorzystaniem trzepaka była siatkówka – gra uproszczona w którą grało się jeden na jeden albo parami. Do gry potrzebne było jako boisko teren trzepaka, gracze i piłka. Najlepiej piłka do siatkówki albo jakieś pompowniec,  gumówka  i czasami balon wypełniony powietrzem. Pole gry było wyznaczane, rysowane kredom albo trawą sporadycznie linie były usypywane z piasku.  Trzepak był podczas gry siatką. Metalowa konstrukcja przeznaczona do trzepania chodników i dywanów służyła nam jako boisko go gry.


Umowne były przepisy i zasady gry siatkowej na trzepaku. Gdy grało się indywidualnie, jeden na jeden dopuszczały do trzech odbić samemu do siebie przy grze w parach dopuszczane było do trzech podań do partnera. Nie można było wtedy odbić dwa razy pod rząd. Celem gry w siatkówkę w wersji trzepakowej było uzyskanie jak najszybciej wyznaczonej ilości punktów. Grało się przeważnie do 11 lub 21. Podczas gry pojawiał się element do dwóch punktów przewagi. Obowiązywały przepisy podobne do gry właściwej w siatkówkę ale egzekwowane z dużą tolerancją. Ilości i czystości odbić, sposobu zagrywki, ataku czy bloku. Podstawą była zasada, że nie wolno rzucać tylko trzeba odbijać piłkę. Zazwyczaj grywało się pojedynczo i parami. Gdy było wielu chętnych to organizowaliśmy turnieje systemem „każdy z każdym” lub "pucharowy".  Czasami przy bezwietrznej pogodzie odbywały się rozgrywki balonami wypełnionymi powietrzem. Była to bardzo energetyczna forma tej zabawy. Podczas niej można było sobie odreagować stresy dnia codziennego. Nieraz po trzepakowym meczu balonami szliśmy cali mokrzy od potu do domów.
Kolejną formą wykorzystania trzepaka do gier i zabaw podwórkowych było ganianie się. Osiedlowe trzepaki przeważnie stały przy śmietnikach. Nazywane przez nas śmietniki były to małe budowle murowane lub konstrukcje blaszane o powierzchni kilku metrów kwadratowych, pokryte przeważnie blachą. W ich środku znajdowały się pojemniki na śmieci. Nam te śmietniki w połączeniu z trzepakami służyły do zabawy w ganianego.


Dachy śmietników pokryte były blachą która podczas zabawy głośno strzelała co denerwowało pobliskich mieszkańców. Krzyczeli przez okna żebyśmy nie hałasowali i szli sobie gdzieś indziej. Czasami jakiś wkurzony mieszkanie pobliskich bloków psuł nam zabawę smarując zużytym olejem spożywczym trzepak. Zapomniał wół, jak cielęciem był (powiedzenie ludowe).
Trzepak był dla nas również miejscem ćwiczeń i popisów gimnastycznych. Na trzepaku wykonywało się przeróżne figury gimnastyczne, podciągania, poziomki, szufladki, wymyki, odmyki, zwisy i co się tylko dało. Bardzo ciekawą figurą, którą pamiętam była kiełbaska, głównie wykonywana przez dziewczęta. Nazwa zapewne pochodziła od tego że osoba wisiała na trzepaku jak pęto kiełbasy na kiju. Kolejną ciekawą figurą było zwisanie głową w dół z przewieszonymi nogami w kolanach o rurkę trzepaka. Był to zwis z ugiętymi nogami w kolanach i wiszenie kto dłużej. Pewnego razu wisieliśmy tak chyba z pół godziny aż jeden kolega nie wytrzymał i zwymiotował. My na ten zwis mówiliśmy "do porzygu"  Zabawy gimnastyczne na trzepaku zaowocowały naszą nieprzeciętną sprawnościom gimnastyczną. Pobijaliśmy rekordy we wszystkich ćwiczeniach gimnastycznych: wymyki robione pod rząd bez schodzenia z trzepaka. podciągnięcia nachwytem, podchwytem z nogami prostymi i do poziomki. Każde ćwiczenie gimnastyczne miało swoich podwórkowych mistrzów i rekordzistów. Do rekordu potrzebni byli świadkowie, którzy potwierdzili dany rekord. Prawie każdy z nas miał drążek gimnastyczny w domu i na nim ćwiczył i trenował ale rekordy biliśmy publicznie na trzepaku. Drążek była to stalowa rurka mocowana rozporowo najczęściej pomiędzy framugami drzwi wejściowych do pomieszczeń wewnątrz mieszkań. Drążek to było dla nas rewelacyjne domowe urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych. Ćwiczenia wytrenowane w warunkach domowych na drążku później oficjalnie prezentowaliśmy na podwórkowym trzepaku. Kiedyś siedzieliśmy u kolegi w małym pokoju. Kolega na chwilę wyszedł i wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby przykręcić mu niżej drążek. Obniżyliśmy koledze wysokość drążka o jakieś 20 cm. Gdy z biegu wszedł do pokoju nie zauważył drążka i uderzył w niego głową i rypnął na ziemię jak długi. Upadł tak śmiesznie jak na filmach z Charlie Chaplinem nogi do przodu głowa do tyłu. Rypnął jak długi i mieliśmy z niego niezły ubaw.  Psikus z drążkiem udał się wtedy tylko raz, kolejne próby kończyły się fiaskiem, bo każdy pamiętał ten numer i szczególnie uważał podczas wchodzenia do pokoju. Na domowych drążkach ćwiczyliśmy elementy gimnastyczne którymi później chwaliliśmy się na trzepaku. Trzepak był poza grami i ćwiczeniami fizycznymi głównym miejscem spotkań towarzyskich podwórkowych,  jak mówiło się do kogoś żeby wyszedł na podwórko z domu, to miejscem docelowym spotkania był przeważnie plac albo trzepak. Przed ustaleniem jakiejś gry lub zabawy przeważnie spotkanie odbywało się na placu zabaw albo na trzepaku. Na naszym podwórku trzepak był miejscem pokoleniowym tak samo jak ławeczka na placu. Na trzepaku przesiadywali nasi starsi koledzy, bracia do pewnego wieku później my spędzaliśmy na nim czas po nas modsi używali go jako miejsce spotkań koleżeńskich. Przejście pokoleniowe następowało płynnie. Popołudniami na trzepaku przesiadywała  młodzież wieczorami starsze chłopaki. Gdy starsze chłopaki przestały przesiadywać to ich miejsce zajęła młodzież. Tak było do pewnego czasu gdy ta tradycja pokoleniowa zaczęła wygasać. Kolejna młodzież już nie spędza czasu na podwórku tylko w domach przed komputerami i obecnie trzepaki i podwórka świecą pustkami. 

070 - Gra w śledzia

Szczęście to radość z tego, co stało się naszym udziałem (powiedzenie ludowe). Kolejną grą podwórkową z elementami siatkówki była gra w "śledzia". Grywaliśmy w nią często bo występowały w niej elementy rywalizacji i zabawy. Była prosta do przeprowadzenia. Potrzebne były: kawałek przestrzeni, piłka najlepiej do siatkówki i grupa chętnych do gry. U nas na podwórku była to gra koedukacyjna, grywały w nią dziewczęta i chłopcy. Celem jej była zabawa poprzez odbijanie piłki. Uczestnicy byli ustawieni w kole, "na zewnątrz" o kilkumetrowej średnicy odbijali do siebie piłkę sposobem górnym i dolnym siatkarskim.  Atakowali piłką w osoby przebywające w środku koła, "wewnątrz".


Osoby na zewnątrz odbijały do siebie piłkę według zasad siatkówki takie jak obowiązują podczas gry właściwej. Podwójne odbicie było błędem. Gdy uczestnik popełnił błąd odbicia lub piłka dotknęła ziemi wchodził do środka koła i kucał. Jeśli w środku koła było dwóch i więcej kucających graczy pozostali mogli ich nabijać piłką. Nabijanie piłką polegało na siatkarskim atakowaniu jednorącz, oburącz. Frajdą tej zabawy było odbijanie do siebie piłki i możliwość obijania osób będących w środku. Jeśli zbijający atakując nie trafił piłką nikogo w środku i piłka dotknęła podłoża to wchodził sam do środka koła. Nie można było zbijać jednej osoby w środku i z pierwszej piłki. Osoby kucające mogły złapać piłkę w ręce podczas podawania lub zbijania. Po złapaniu piłki wszyscy wychodzili ze środka i grali na zewnątrz a do środka wchodziła osoba która ostatnia dotknęła piłki. Podczas łapania piłek obowiązywały zasady: pierwsza wolna, nie można było stać. Celem gry było odbijanie piłki pomiędzy osobami na zewnątrz, obijanie piłkami innych uczestników kucających w środku koła i unikanie wejścia do środka. Była to jedna z nielicznych koedukacyjnych gier podwórkowych w które graliśmy wspólnie z dziewczętami. Gdy dziewczęta grały z nami trzeba było nie zbijać w nie za mocno bo się szybko obrażały i odchodziły z gry. Podczas jednej z takich zabaw jedna z grających dziewcząt w złości tak mocno uderzyła przelatującą piłkę że kolega że ten stracił na chwilę przytomność. Mieliśmy ubaw nie z tej ziemi że dziewczyna go znokautowała. Innym razem kolega uderzył pikę która trafiła dziewczynę w twarz i miała siniaka pod okiem. Zobaczył to jej starszy brat podszedł do kolegi i przyłożył mu z piąchy pod oko po czy powiedział: "ty też będziesz miał limo". Podczas gry często dochodziło do śmiesznych sytuacji gdy ktoś obrywał piłką. Pewnego razu kolega dostał piłką, ta odbiła się i wpadła na pobliskie drzewo i zawisła na gałęzi. Kolega szybko wszedł na drzewo i złapał piłkę w ten sposób z pomocą drzewa uwolnił wszystkich w środku. Innym razem podczas gry piłka wychodziła na aut i gdy opadała kolegi pies chciał ją złapać pyskiem i podbił ją nosem do góry. Uratował kolegę przed wejściem do środka. W grę bardzo często graliśmy przed blokiem, na trawniku, na placu, na boisku, za szkołą, na koloniach, obozach, wycieczkach szkolnych. Była to prosta gra, niewiele było potrzeba do przeprowadzenia jej. Otwarty teren piłka i chętne osoby. Podczas podwórkowych ognisk, wypraw nad wodę i baseny była to jedna z naszych ulubionych gier i zabaw. Grywałem w nią w szkole zarówno jako uczeń i jako nauczyciel. Świetnie sprawdzała się na zajęciach zwłaszcza kiedy nauczyciel grał razem z uczniami i uczniowie mogli obijać go bezkarnie. Starość nie radość, młodość nie wieczność - powiedzenie ludowe.

069 - Koszykówka

Kolejną z naszych podwórkowych zespołowych gier zespołowych była koszykówka. Do tej gry potrzebne były: boisko najlepiej ze sprawnymi koszami i konstrukcją, piłka, dwie drużyny i przepisy, zasady gry. Dobrze było rozgrywać mecze w koszykówkę na boisku ze sprawnymi koszami. Przez sprawne kosze mam na myśli takie gdzie były dwie konstrukcje umieszczone naprzeciw siebie a na nich tablice z obręczami na odpowiedniej wysokości.  W okolicy naszego podwórka i osiedla było kilka nie zawsze sprawnych i nadających się do gry boisk do koszykówki. Zazwyczaj były ze zniszczonymi tablicami i pourywanymi obręczami. Najbliżej położone boisko nadające się do gry w koszykówkę było asfaltowe przed blokiem, niedaleko placu. Zrobione ono było z naszej inicjatywy. Dokładnie boisko już było ale na naszą prośbę administracja osiedla założyła na tym boisku konstrukcje i kosze do koszykówki. 


Inicjatywa była szczytna ale realizacja była do bani. Boisko było zrobione bez pojęcia, panowie z administracji nie zastosowali się dokładnie do naszej prośby i zamiast w szerz ustawili kosze wzdłuż boiska. Teoretycznie tak powinno być ale w naszym przypadku odległość wzdłuż była za duża.  Po ustawieniu odległość pomiędzy koszami była tak duża, że granie meczy na tym boisku było bardzo męczące, trzeba było się nabiegać jak na maratonie od jednego kosza do drugiego było kilka metrów więcej niż na wymiarowym boisku co podczas grania meczy było bardzo dyskomfortowe. Jajko mądrzejsze od kury - powiedzenie ludowe. Granie wzdłuż boiska mijało się z celem więc głównie graliśmy na jeden kosz a grać w meczyki na dwa kosze chodziliśmy zazwyczaj na inne pobliskie boiska. Na terenie osiedla były jeszcze trzy boiska do koszykówki. dwa wymiarowe za szkołą i plac asfaltowy z koszami pomiędzy blokami obok szkoły.  Najbliżej położone, wymiarowe były za szkołą. Były dwa asfaltowe i położone obok siebie z prawidłowo namalowanymi liniami. 


Zazwyczaj każde z nich miało sprawne oba a przynajmniej jeden kosz, były wymiarowe a ich stan techniczny był zawsze dobry może dla tego że było szkolne i dbali o nie nauczyciele z pobliskiej szkoły. Spędzaliśmy na nich dużo czasu grając mecze lub w różne gry i zabawy w koszykarskie. 'Króla", "dwa odbicia" albo po prostu oddawaliśmy luźne rzuty z różnych pozycji. Zabijając w ten sposób czas wolny i doskonaląc elementy gry. Pewnego razu graliśmy na nich bardzo oryginalny meczyk w kosza. Oba boiska za szkołą miały uszkodzone  po jednym koszu zewnętrznym ale te wewnętrzne były sprawne i na nich rozegraliśmy sparing. Była to bardzo oryginalna potyczka na dwa kosze umieszczone na dwóch boiskach, tyłem do siebie, ktoś wpadł na  ten pomysł i pomimo że był on zwariowany bo konstrukcje były umieszczone tyłem do siebie to zagraliśmy taki oryginalny meczyk. 
 
 
Dla chcącego nic trudnego - powiedzenie ludowe. Poza tymi boiskami za szkołą na terenie osiedla były jeszcze dwa place przypominające boiska z ustawionymi przy nich konstrukcjami koszy. Pomimo że były to bardziej place z koszami my mówiliśmy na nie boiska. Były to prostokątne place o nawierzchni asfaltowej o dziwnych wymiarach, ogrodzone niewysokimi metalowymi płotkami nazywanymi przez nas barierkami. Jeden plac był przed naszym blokiem na którym administracja ustawiła dwie konstrukcje koszy do koszykówki. Drugi był obok szkoły. Były bardzo podobne do siebie. Oba były asfaltowe, jedno ogrodzone barierkami ale to obok szkoły było bez barierek miało na końcu jednego krótszego boku betonowy murek i z czasem tylko tam została jedna konstrukcja kosza. Były na początku dwie ale były taka kiepskie, że szybko jedną ktoś połamał. Poza fatalnym wykonaniem ich ktoś za nisko umieścił tablice i obręcze. Można było stojąc na ziemi wkładać piłkę do kosza. Ta konstrukcja służyła nam nie do gry w mecze ale do zabaw i wykonywania wsadów piłki do kosza. Na terenie osiedla w kosz można było pograć za szkołą obok niej i przed naszymi blokami na czterech obiektach

Kolejne boiska były poza osiedlem. Pierwsze było przy szkole na rogu dwóch ulic. Gdy chodziliśmy na nie to mówiliśmy, że: "idziemy pograć w kosza przy szkole na rogu". Wszyscy na podwórku wiedzieli wtedy, że to chodzi właśnie o to boisko.
Młodzi ludzie nagrywali teledysk na tym boisku. (autor nieznany) ze strony facebook Dziwne sytuacje w Kielcach



Było asfaltowe z narysowanymi liniami ale prawie nigdy nie były tam sprawne kosze, zawsze któryś był urwany. Przez jego stan rzadko tam chodziliśmy. W życiu grałem na nim tylko kilka razy, ilość rozegranych meczyków przeze mnie na nim można by policzyć na palcach jednej ręki. Jakoś nie cieszyło się ono naszą popularnością. Kolejnym leżącym poza naszym osiedlem było na miasteczku akademickim. Było asfaltowe, bardzo dobre technicznie. Otoczone było siatkami zabezpieczającymi przed wypadaniem piłek i blisko stołówki w której były toalety i woda z kranu. Było ładnie położone, dookoła było bardzo zielono. Z jednej strony były ogródki działkowe z drugiej korty tenisowe a po bokach stołówka i pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej. Stan jego był zawsze idealny. Miało dwa sprawne kosze, namalowane linie na nawierzchni asfaltowej i były na jego terenie drewniane ławeczki na których można było przysiąść i odpocząć. Było tam zawsze czysto schludnie, ktoś tam systematycznie sprzątał i dbał o nie.



To było nasze ulubione, jedno z bardziej uczęszczanych przez nas miejsc gdy chcieliśmy pograć w kosza. Miało swoje plusy i minusy. Plusem było jego ułożenie przy stołówce w której były łazienki, toalety i bieżąca woda z kranu. Dookoła były chodniczki, ławeczki, zadbane schludne, czyste coś rzadko spotykane w tamtych czasach. Nawierzchnia jego była asfaltowa, równa i  było ogrodzone siatką co powodowało że piłka gdy wypadła na aut nie uciekała daleko. Na nim przeważnie były sprawne oba kosze i chodziliśmy na nie "na pewniaka"czyli idąc na nie byliśmy pewni że pogramy a nie jak czasami było idziemy a tu kosze pourywane i szukamy innego sprawnego. Minusem tam tylko było to, że było ono często zajęte przez grających studentów z pobliskiej uczelni i akademików. Boisko to było wielofunkcyjne, przeznaczone do gry w koszykówkę i w piłkę nożną co dodatkowo powodowało że gdy ktoś grał mecz w nogę to w kosza się na nim już nie pograło. Do koszykówki zrobione było w poprzek do nogi wzdłuż. Zapewne przez rewelacyjny stan i umiejscowienie tego obiektu przychodziło tam wielu chętnych do gry: studentów z uczelni i akademików, młodzieży z pobliskich trzech osiedli. Czasami trzeba było się dzielić na drużyny i czekać na swoją kolej ponad godzinę żeby na nim pograć. Tyle tam było osób chętnych do gry. Umiejscowienie obok stołówki akademickiej i dostęp do pobliskiej toalety i wody z kranu powodował, że na nim spędzaliśmy co dziennie bardzo dużo czasu. Był okres w wakacje że od rana do zmroku a w roku szkolnym od czasu po lekcjach do wieczora. Chodziło się do domu na posiłki i wracało z powrotem i siedziało na nim do zmroku grając meczyki i gry i zabawy koszykarskie. Zdecydowanie jeśli chodzi o nasze podwórkowe gry koszykarskie to boisko przy stołówce w pewnym okresie w naszym środowisku podwórkowym było na pierwszym miejscu.
Kolejnym boiskiem poza osiedlem było jedno z dwóch przy kompleksie szkół średnich. To pierwsze praktycznie cały czas było wolne bo sprawny był tylko jeden kosz. Nie pamiętam żeby na nim były kiedykolwiek sprawne oba. Jak jeden był sprawny to drugi był popsuty i na odwrót. Bardzo rzadko na nim grywaliśmy bo było za bardzo oddalone od podwórka. Jakieś dwa i pół kilometra i nikomu nie chciało się tak daleko chodzić żeby zagrać meczyk na jeden kosz bo zazwyczaj drugi był popsuty.


Drugim boiskiem przy kompleksie szkół średnich było asfaltowe boisko z liniami i sprawnymi dwoma koszami. Pomimo dalekiej odległości ok. trzech kilometrów od naszego podwórka chodziliśmy na nie bo były dwa kosze sprawne. Był taki okres gdy ze wszystkich okolicznych boisk tylko na nim były sprawne oba kosze i wtedy bardzo dużo ludzi z pobliskich osiedli przychodziło właśnie tam na nim grać. Z jednej strony to dobrze bo było dużo osób chętnych do gry ale z drugiej czasami trzeba było bardzo długo czekać na swoją kolej. Grywało się na nim po kilka meczyków pod rząd. Żeby na nim zagrać musieliśmy iść szmat drogi i jak już przyszliśmy na miejsce to chcieliśmy pograć i czekaliśmy w kolejce na swoją kolej lub dochodziliśmy do drużyn już grających. W tamtym czasie grywaliśmy w kosza: jednym z czterech boisk osiedlowych lub jednym z czterech boisk poza nim. Był i taki czas, że spośród ośmiu okolicznych boisk, żadne nie było na tyle sprawne żeby zagrać mecz na dwa kosze.
W sezonie letnim jak było ciepło graliśmy na na obiektach zewnętrznych, na świeżym powietrzu. Jak to mówiliśmy: na dworze albo na podwórku. W zimie gdy na zewnątrz było zimno i leżał śnieg wynajmowaliśmy pobliskie hale gimnastyczne przy szkołach i tam grywaliśmy nasze meczyki w kosza. Pewnego razu przyszliśmy na halę wynajmowaną w szkole u nas na osiedlu. Nauczyciel nie schował odskoczni do skoków przez skrzynię, leżała na środku sali gimnastycznej. Ale mieliśmy wtedy frajdę, zorganizowaliśmy sobie konkurs wsadów piłki do kosza po wyskoku z odskoczni. W sezonach zimowych przez okres mojej szkoły podstawowej i średniej grywałem w kosza chyba na wszystkich okolicznych boiskach przyszkolnych. Wynajmowaliśmy boiska, hale do gry przy szkołach, klubach sportowych uczelniach wyższych gdzie się tylko się dało w okolicy, żeby pograć.
Poza boiskami do gry niezbędna była piłka, najlepiej do koszykówki. Na podwórku zawsze ktoś miał lepszą lub gorszą piłkę. W okresie uczęszczania przeze mnie do szkoły podstawowej dostępne przez nas piłki były kiepskiej jakości. bardzo szybko robiło się jajo albo wyrastały na nich dziwne gule. Trzeba było z piłką obchodzić się jak z przysłowiowym jajkiem. Na podwórku jak ktoś kopnął piłkę do koszykówki to mu się obrywało czasami słownie a czasami dostawał kopniaki. Mecze w koszykówkę odbywały w drużynach liczących od jednej do kilku osób. Grało się sparingi sam na sam na jeden kosz i meczyki po kilku graczy w drużynie na dwa kosze. Czasami gdy było bardzo dużo osób chętnych do gry rozgrywało się turnieje drużynowe systemem "każdy z każdym albo pucharowym. Dobór zawodników do drużyny przeważnie odbywał się naszym najlepszym podwórkowym sposobem. Dwaj najlepsi dobierali po kolei po jednej osobie na przemian. Był to chyba najbardziej sprawiedliwy sposób. Najczęściej grywało się meczyki przed blokiem na jeden kosz, który administracja tak sprytnie nam zamontowała. Pomimo pewnych niedogodności grywaliśmy na nim najczęściej. Ze względu na jego położenie, odległość od domów i dobre oświetlenie. Poza wieloma atutami tego boiska były też duża wada. Pod koszem był wysoki krawężnik i bardzo blisko barierka ogrodzenia. Podczas gry, po oddanym rzucie jeśli rzucający nie wyhamował pędu to lądował na ogrodzeniu i krawężniku. Kończyło się to często urazami. Boisko przed blokiem było może nie do końca bezpieczne ale grywaliśmy na nim systematycznie. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma (powiedzenie ludowe). Przepisy podczas naszych gier podwórkowych w koszykówkę były uzgadniane przez nas przed każdym meczem indywidualnie. W zależności od rodzaju boiska, ilości koszy na na jeden czy dwa, ilości graczy, czasu którym dysponowaliśmy i naszych nastrojów były modernizowane i ustalane przed daną grą. Zazwyczaj podczas rozgrywek podwórkowych przepisy były wzorowane na przepisach Polskiego Związku Koszykówki uproszczone i dopasowane na nasze podwórkowe potrzeby. Najwięcej kłopotu było z liczeniem punktów. Zawsze drużyny myliły się na swoją korzyść. Umiesz liczyć, licz na siebie (powiedzenie ludowe). Podczas gry ograniczeń czasowych wynikających z przepisów prawie nie stosowaliśmy a jak były to liczone "na oko". Faule i kwestie sporne, zawsze jakoś rozstrzygane były ugodowo bez rękoczynów. W skrajnych przypadkach stosowana była zasada "silniejszy ma rację".  W zasadach gry w koszykówkę występuje dużo ograniczeń czasowych, które u nas podczas gry w wersji podwórkowej raczej nie występowały. Jest to gra kontaktowa ale przez znaczne ograniczenia przepisami w mniejszym stopniu kontaktowa niż piłka nożna czy ręczna. Przepisy i zasady gry w koszykówkę znaliśmy głównie z lekcji WF i oglądanych meczów w telewizji. Przeważnie gdy zebrała się grupa osób przed blokiem padało hasło "meczyk w kosza". wybieraliśmy boisko jedno z okolicznych, organizowaliśmy piłkę i szło się pograć. Była to jedna z naszych ulubionych podwórkowych zespołowych dyscyplin sportowych. Graliśmy w nią zarówno latem na boiskach otwartych jak i zimą na halach sportowych. Przepisy tej dyscypliny znaliśmy z lekcji WF i z oglądanych w telewizji meczów NBA i oglądanych filmów video takich jak "Harlem globetrotters" czy filmów o gwiazdach NBA. 

 
 
Jeden z kolegów został instruktorem i sędziom tej dyscypliny sportu. Dla kilku z nas chłopaków z podwórka znajomość tej dyscypliny sportu przyczyniła się do ukończenia wyższych uczelni sportowych. Podstawy tej gry uczyliśmy się na zajęciach WF. Technikę rzutów, zwodów doskonaliliśmy na podwórku. Podpatrywaliśmy w meczach i filmach z telewizji zachowania zawodnik w i później naśladowaliśmy ich podczas gry na podwórku. Naszym idolem w tej dyscyplinie sportu był Michael Jordan. Wyglądało to w ten sposób że podczas meczu ktoś wykonywał zwód a po nim rzut do kosza i wykrzykiwał nazwisko wykonawcy tych zwodów, idola z ligi NBA np: Jordan, Pippen cze Oneal.  
Obecnie czasy się zmieniły i na osiedlu powstały nowe boiska do gier zespołowych tzw. Orliki. Są to obiekty świetnie wyposażone i dostosowane do gry w koszykówkę.

068 - Mecze podwórkowe piłka nożna.

Kolejną grą podwórkową chyba najpopularniejszą w tamtym czasie była gra w piłkę nożną, mecze podwórkowe. Jedną z bardziej ulubionych naszych gier była piłka nożna a dokładniej rozgrywane w nią mecze. Do takiego meczu potrzebne było: boisko, piłka i dwie drużyny. W czasach mojego dzieciństwa przypadającego na lata 80-te i 90-te XX wieku na osiedlu i nieopodal niego było kilka boisk służących nam do gier, zabaw i meczyków w piłkę nożną. Były to: boiska asfaltowe, trawiaste i szutrowe, z przewagą asfaltowych. O przeznaczeniu ich do gier w nogę mówiła ich budowa. Boisko na podwórku przed blokiem nie miało typowych bramek tylko zastępcze z przęseł ogrodzenia. Reszta boisk posiadała lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej wymiarowe bramki. Miały one przeróżne nawierzchnie od asfaltowych po trawiaste nawet jedno było szutrowe. Na terenie osiedla były cztery boiska. Trzy asfaltowe i jedno szutrowe. U podnóża górek były sześć boisk trawiastych. Od południowej strony poza osiedlem było siedem boisk: poza ulicami przy szkole na rogu było jedno betonowe, na miasteczku akademickim były trzy w tym pełnowymiarowe trawiaste, asfaltowe i klepisko. Poza miasteczkiem akademickim, przy kompleksie szkół średnich były jeszcze trzy asfaltowe.


W pobliżu nie można było narzekać na brak miejsca do gry w piłkę nożną. Zawsze było gdzie i z kim pokopać. Obecnie modne są boiska z nawierzchnią tartanową, głównie stosowana na "Orlikach". A młodzież nie przebiera w środkach walcząc o miejsce do gry.
Foto z portalu społecznościowego facebook ze strony Osiedle, Bocianek Kielce.


Zlikwidowano betonowe i trawiaste boiska i powstały nowe boiska orliki.


Żródło: youtube Wiślanie 69 - Przygoda


Na terenie osiedla i w jego okolicy były boiska: asfaltowe, trawiaste, klepiska i szutrowe. Naszym ulubionym było asfaltowe pod blokiem.


Ulubione dla tego, że było blisko podwórka, było ogrodzone barierkami, oświetlone, wymiary miało zbliżone do boiska do piłki ręcznej. Było to boisko w kształcie prostokąta, brakowało na nim bramek. Za bramki służyły przęsła ogrodzenia, pomalowane farbą. Przęsło stanowiące bramkę miało słupki pomalowane na kolor ciemnozielony odznaczający się od koloru pozostałych przęseł. Były słupki boczne ale brakowało poprzeczki. Pomimo tych drobnych niedogodności boisko na podwórku było bardzo lubiane, graliśmy na nim mecze wzdłuż i wszerz w dzień i w nocy, we dwie i po kilka osób drużynie. Podczas gry w szerz zaznaczało się przęsła ogrodzenia które miały być bramkami na inny kolor lub wyznaczało się teren bramki kamieniami, tornistrami szkolnymi itp.  i grało mniejsze lub większe meczyki. Na nim grywaliśmy najczęściej bo było usytuowane najbliżej naszych miejsc zamieszkania, było dobrze oświetlone wieczorem i w nocy. Można było na nim grać do późnych godzin nocnych, rodzice widzieli nas z okien mieszkań i się o nas nie martwili. Często zdarzało się, że na tym boisku grywały drużyny z całego osiedla i trzeba było długo czekać na swoją kolej. W takich sytuacjach szliśmy na inne pobliskie boiska, tam gdzie było wolne. W pobliżu naszego podwórka były jeszcze inne boiska, trawiaste na górkach, asfaltowe za szkołą i na akademikach, Te asfaltowe nazywaliśmy  "beton". Sześć boisk trawiastych były u podnóża górek.  Trzy po jednej i trzy po drugiej stronie osiedla.
Foto z portalu społecznościowego facebook ze strony Kielce na przestrzeni lat
Źródło: KieleckieInwestycje


Były to boiska położone obok siebie po dwóch stronach górek po wschodniej i zachodniej stronie. Razem sześć boisk trawiastych. Stan ich miał wiele do życzenia. Może ze dwa z nich nadawały się do gry. Oba były po wschodniej stronie osiedla i na nich zazwyczaj rozgrywaliśmy nasze mecze klasowe. Były to boiska o nieregularnych kształtach z metalowymi niewymiarowymi bramkami. Wymiary bramek i pola boiska to były w cały świat jedne większe, drugie mniejsze raczej proporcjonalnie do wielkości. Małe boisko małe bramki duże boisko duże bramki. Ni z gruszki, ni z pietruszki. - (powiedzenie ludowe). Ktoś zrobił boiska i bramki bez konkretnych wymiarów, "na oko". Boiska te powstały razem z powstaniem osiedla w latach 70-tych XX wieku. W tamtych czasach nikt sobie nie zawracał głowy takimi pierdołami jak wymiarami rekreacyjnego boiska czy wymiarami bramek, sztuka jest sztuka (powiedzenie ludowe). Na tych boiskach rozegrane były przez nas setki jak nie tysiące meczy od klasowych po luźne meczyki i bezcelowe kopanie piłki. Pomimo dziwnych wymiarów boisk przychodziła na nie grać młodzież z całego naszego osiedla a nawet z innych pobliskich. Były takie okresy głównie w wakacje że wszystkie boiska były zajęte a żeby pokopać trzeba było czekać w kolejce.
Poza tymi boiskami trawiastymi u podnóża górek na osiedlu były jeszcze boiska do nogi za szkołą asfaltowe, na wnęce i szutrowe na trybunach. 


Boisko na wnęce wymiarami było bardzo zbliżone do boiska do piłki ręcznej 20 na 40 metrów, bramki dwa na trzy metry. Ciekawostkom jest fakt, że pewnego roku odbyły się na nim rozgrywki międzyszkolne w piłkę ręczną etap wojewódzki. Ewenement podejrzewam na skalę kraju, bo już od dawna nie grywało się w piłkę ręczną na asfalcie. Często na tym boisku odbywały się mecze w piłkę nożną pomiędzy reprezentacjami osiedli. Podczas takich meczów na pobliskiej górce siedziało kilkadziesiąt osób i kibicowały w zmaganiach reprezentacji osiedli. Boisko było osłonięte z trzech stron budynkami szkoły co podczas gry chroniło przed wiatrem i wypadaniem piłki. Był tylko mały szkopuł, każdy upadek na asfalt kończył się kontuzją. Boisko to było wykorzystywane podczas zajęć szkolnych do lekcji Wychowania Fizycznego, do gry uproszczonej w piłkę nożną czasami w ręczną. Przez jego nawierzchnię asfaltową podczas zajęć często dochodziło do urazów i kontuzji. W tamtych czasach w naszej szkole był gabinet lekarski i pielęgniarka, nie narzekała na brak interwencji gdy były prowadzone lekcje na tym boisku. Po zajęciach szkolnych boisko było oblegane przez osiedlową młodzież. Praktycznie popołudniami i wieczorami było cały czas zajęte. Grały na niej zarówno pojedyncze osoby jak i całe grupy dzieci i młodzieży.
Kolejnym boiskiem na osiedlu było szutrowe boisko za szkołą. Trzeba powiedzieć, że miał ktoś fantazje robiąc takie boisko. Fantazja jest konstrukcją umysłu zbudowaną przez bardzo specjalną ,,logikę" (powiedzenie ludowe). Kilka razy w życiu widziałem, żeby ktoś grał na tym boisku i to tylko podczas zajęć WF. Boisko znajdowało się za szkołą, u podnóża górek, w środkowej części osiedla. Boisko miało piękną trybunę z eleganckimi ławeczkami, która głównie służyła za miejsce przesiadywania młodzieży. Na hasło będę za szkołą, na trybunach, każdy wiedział że chodzi o trybuny boiska szutrowego. Boisko miało ładne, metalowo-drewniane, wymiarowe bramki, 2 na 3 metry. Boisko i bramki były ładne i nie zniszczone pewnie dla tego, że prawie nikt tam nie grał. Głównie na bramkach huśtały się dzieci. Najciekawsza była nawierzchnia tego boiska, z jakiegoś czerwonego piasku strasznie pylącego i brudzącego. Grając tam mecz na zajęciach WF, po powrocie do domu, mama pytała mnie dla żartu „czy w kopalni byłem?” Boisko szutrowe poza ładnym wyglądem nie spełniało swojego przeznaczenia.
 

 
Na terenie osiedla było 9 boisk z czego naszych ulubionych cztery. Przed blokiem, na wnęce i dwa na górkach po wschodniej stronie.
Kolejne boiska znajdowały się na południe poza osiedlem.
Pierwsze przy szkole przez nas nazywanej na rogu bo znajdowała się na rogu ulic. 



Był to kompleks kilku boisk. Było tam boiska do siatkówki, koszykówki i piłki nożnej. Boisko do nogi było betonowe i wymiarami podobne w do tego za szkołą na osiedlu. Za często nie chodziliśmy grać na tym boisku zapewne przez jego usytuowanie. Nie pasowało nam i do końca nie wiem czemu gdy mieliśmy do wyboru inne boiska to było wybierane jako ostatnie. 
Kolejne boisko mieściło się na terenie miasteczka akademickiego było oddalone od podwórka jakiś kilometr, 5-10 minut drogi piechotą. Było to pełnowymiarowe trawiaste boisko do piłki nożnej. Była tam przystrzyżona zadbana murawa, fajnie na niej było spacerować a co dopiero grać. Bramki były stalowe, pełnowymiarowe, 732 na 244 centymetry. Boisko miało wymiary ok. 45 x 100 metrów z wymalowanymi liniami kredą. Na tym boisku w niedziele popołudniami odbywały się mecze klasy okręgowej i niższej ligi. Poza tymi rozgrywkami boisko było dostępne dla wszystkich chętnych.  Dbała o stan boiska uczelnia. Czasami obserwowaliśmy jak kosili trawę i malowali linie. 


Grywaliśmy na nim przeważnie mecze w szerz boiska. Robiliśmy małe boisko z narysowanymi piaskiem liniami i wyznaczonymi bramkami z patyków lub kamieni. Na tym małym boisku trawiastym z piękną murawą grywaliśmy meczyki. Można się było rzucać, robić wślizgi, upadało się na murawie bez kontuzji. Robiliśmy małe boisko gdzie graliśmy w drużynach po kilka osób. Małe boisko małe drużyny. Żeby pograć na dużym potrzeba było do drużyny przynajmniej z dziesięć osób. Trudno było o tylu chętnych. Chyba tylko raz w życiu grałem na tym boisku mecz na duże bramki. Trzeba było się dużo ubiegać a mało co było samej gry. Wtedy podczas całego meczu miałem kilka razy kontakt z piłką i oddałem ze dwa strzały na bramkę. Nawierzchnia tego boiska była rewelacyjna ale było ono dla nas za duże.
Kolejne to było asfaltowe boisko przy stołówce na terenie miasteczka akademickiego. Położone było  nieopodal pełnowymiarowego trawiastego boiska. Asfaltowe boisko wymiarami zbliżone było do boiska do piłki ręcznej z bramkami dwa na trzy metry. Boisko było ogrodzone wysoką siatką, drzwi w siatce przeważnie były zamknięte i na teren boiska przechodziliśmy górą nad siatką. To była tradycja. Któregoś razu przyszliśmy na boisko i pomimo, że otworzone były drzwi wejściowe to i tak wszyscy z przyzwyczajenia przechodzili górą, ponad siatką. Wchodziło się na to boisko jak do klatki. Było to jedno z naszych ulubionych boisk ze względu na  położenie w jego bliskiej odległości ogródków działkowych i stołówki akademickiej i dostęp do owoców i warzyw z działki i wody, toalet w stołówce. Przy boisku były drewniane ławeczki na których można było posiedzieć i przebrać się do gry. Boisko było zadbane miało bramki linie było czyste równe i ogradzała je wysoka siatka, która zabezpieczała przed uciekaniem piłek co dawało dodatkowy komfort. Z jednej strony były ogródki działkowe z drugiej stołówka. Na ogródki chodziliśmy na owoce, do stołówki pić wodę i do toalety. Niczego nam tam nie brakowało były gry, zabawa i media.




Obecnie to miejsce przy stołówce bardzo się zmieniło.
Fot. Jarosław Kubalski / Radio Kielce
 


Kolejne boisko było ostatnie położone na terenie miasteczka akademickiego. Było to niewymiarowe trawiaste boisko z metalowymi bramkami. Grałem na nim tylko kilka razy tylko  w ostateczności dla tego że wszystkie inne były zajęte. 


Miało ono bardzo nierówną nawierzchnię klepiska. Biegało się po nim w jednym miejscu jak po zaoranym  polu w drugim lub po zarośniętej łące. Piłka po podaniu leciała nie tam gdzie była kierowana lecz tam gdzie sama chciała. Trzeba było ją podawać między sobą nad ziemią, "powietrzem" co było znacznym utrudnieniem podczas gry. Bramkarz nigdy nie wiedział gdzie potoczy się kopnięta piłka, najskuteczniejsze strzały na bramkę były po ziemi.
Kolejnym boiskiem było boisko przy kompleksie szkół średnich.


Były to trzy szkoły średnie z całą infrastrukturą sportową i kompleksem boisk w tym do piłki nożnej. Były to dwa boiska asfaltowe. Wymiarami zbliżone do boisk do piłki ręcznej. Boiska niczym ciekawym nie zaskakiwały. Ze względu na odległość od osiedla chodziliśmy na nie bardzo rzadko. jak wszystkie inne po drodze były pozajmowane. Boiska te oddalone były od naszego podwórka jakieś trzy kilometry, dojście na nie zajmowało nam kilkanaście minut. Było to dla nas trochę za daleko. Kilka razy się zdarzyło że grałem tam mecze.  Z braku laku lepszy kit (powiedzenie ludowe).
Żródło facebook Głosowanie na Zespół Boisk Sportowych przy ZS Eletrycznych.


W tamtych czasach do rozegrania meczu nie trzeba było koniecznie wymiarowego boiska z bramkami wystarczył kawałek trawnika i bramki z tornistrów szkolnych, patyków czy kamieni. Grywało się przed blokiem na trawnikach bramki robiło się z tego co było pod ręką,


Wyznaczało się teren gry "mniej więcej, na oko". Obszarem gry był teren wyznaczony przez  chodnik, drzewa czy blok, Bramkami kosz na śmieci, kamienie, patyki.  Rozpoczynało się grę ze środka prowizorycznego boiska np kępki trawy, kupki piachu. Bramkarz miał niewidzialną linię pola bramkowego, kwestia umowna, łapał piłkę "na oko" kilka umownych kroków od bramki. Im wyższy nasz wiek, graczy tym większe umiejętności i tym wyższe wymagania sprzętowe i boiskowe. Lepsze piłki, czasami stroje, boisko z liniami, bramki, przepisy gry bardziej zbliżone do właściwych. Dzieciom na poziomie początków szkoły podstawowej wystarczały kawałek trawnika i prowizoryczne bramki, stara piłka i biegało się za nią godzinami. Gdy uczęszczaliśmy do wyższych klas szkoły podstawowej potrzebne już do gry było boisko z liniami, wymiarowe bramki i odpowiednia piłka i uproszczone zasady gry. Z wiekiem i zdobytymi umiejętnościami, stawaliśmy się bardziej wymagający i poziom gry wzrastał. Zmieniały się też czasy, sprzęt okoliczna infrastruktura sportowa. Pod koniec szkoły podstawowej początki szkoły średniej chodziło się grać w piłkę nożną z plecakiem lub torbą na ramieniu w środku strój na zmianę, napój czasami ręcznik. Coś nie do pomyślenia wcześniej. Grało się mecze na lepszych boiskach lepszą piłką, na czas, samemu się sędziowało mecz. Czasy się zmieniały i my szliśmy z duchem czasu. Piłki do gry były różne gdy byliśmy w różnym wieku.

W początkowych latach uczęszczania prze ze mnie do szkoły podstawowej na całym podwórku były ze trzy piłki do gry. stan ich zazwyczaj był opłakany. Były po niejednej regeneracji i wielu naprawach. Wymiana balona lub przeszywanie łatek te pojęcia obecnie nie znane współczesnej młodzieży a dla nas wtedy były codziennością. Kto w obecnych czasach naprawia, piłkę? Jak się zepsuje to starą się wyrzuca i kupuje się nową. Wtedy piłek nie było w sklepach a jak byłuy to drogie więc trzeba było je systematycznie naprawiać. Podejrzewam, że młodzież teraz nie umiałoby wszyć łatki w piłkę, nie mówiąc o wymianie balona. Wtedy te naprawy robiliśmy sami na bieżąco. Na podwórku kilku kolegów miało piłki i byliśmy koleżeńscy, pożyczało się piłki między sobą. Zdarzały nam się sytuacje, że chciało się zagrać meczyk i szło się do kolegi żeby pożyczył piłkę. Pomimo, że kolega sam nie grał to pożyczał piłkę. Czasami podczas gry właściciel piłki szedł do domu i zostawiał piłkę, wtedy mówiło się,”my ci odniesiemy piłkę po meczu” i grało się dalej. Pewnego razu graliśmy meczyk obok stołówki akademickiej i kolega którego była piłka poszedł wcześniej do domu. My po meczyku wróciliśmy na osiedle. Po powrocie, pod blokiem, na placu ktoś "zarzucił temat", żeby oddać pożyczoną piłkę. Popatrzyliśmy na siebie. Nikt jej nie miał. Wszyscy zaczęli mówić: „to ty miałeś wziąć, nie to ty”. Każdy zganiał na każdego. Poszliśmy wszyscy z powrotem na boisko przerażeni, że trzeba będzie się "zrzucić" i odkupić nową piłkę. I tu był problem bo pomimo że w sklepach nie było piłek trzeba je było organizować to i tak nie mieliśmy kasy na nową piłkę. Po dojściu na boisko i przeszukaniu krzaków okazało się, że zguba się znalazła. Komu szczęście sprzyja, bieda go omija (powiedzenie ludowe). Szczęśliwie oddaliśmy wtedy piłkę koledze. Gdy chcieliśmy zagrać meczyk to piłkę zawsze się jakoś organizowało, jeśli nikt nie miał z grających to się szło pożyczyć do kogoś kto nie grał a miał piłkę w domu. Nasze mecze podwórkowe na osiedlowych i pobliskich boiskach zazwyczaj graliśmy w drużynach do których graczy dobierało się bardzo różnie. W zależności od tego w jakim wieku byli grający, miejsca gry, pory roku, dostępnego czasu do gry i innych czynników. W młodszym wieku grało się na trawniku. Od meczyków sam na sam do meczyków w kilkanaście osób. W starszym wieku czyli pod koniec szkoły podstawowej grało się przeważnie mecze po kilka osób w drużynie w zależności od wielkości boiska były to pojedyncze spotkania lub turnieje. Na dostępnych nam boiskach najczęściej się grało od 5 do 7 osób. Grając po czterech i mniej osób w drużynie trzeba się było bardzo nabiegać. a gdy grało więcej niż siedem osób był tłok na boisku i nie dało się grać. Jak wiedzieliśmy ile osób jest chętnych do gry to dobieraliśmy boisko albo robiliśmy drużyny i graliśmy turnieje. Były sytuacje że podczas meczu dochodzili lub odchodzili zawodnicy. Czasami były sytuacje, że było tak dużo osób, że trzeba było robić drużyny i grać turnieje. Rozpoczynało się grę 3 na 3 a po kilku godzinach kończyło turniejem w kilka drużyn. Szło się na boisko nie wiedząc czy na pewno się zagra i z kim. Czy to będą młodzi ludzie, uczniowie, studenci. Grało się ze wszystkimi chodziło o grę i dobrą zabawę. Sport łączy ludzi - powiedzenie ludowe. Nieraz na miasteczku akademickim graliśmy ze studentami z innych krajów, którzy prawie nie mówili po polsku. Wtedy myślałem, że ludzie innych narodowości nie umieją grać w piłkę nożną, a Polska w tą dyscyplinę jest najlepsza na świecie. W tamtych czasach nie widziało się codziennie na ulicach ludzi z innych krajów o innym kolorze skóry a nie mówiąc o graniu z nimi w piłkę nożną. Podczas jednego takiego meczu zmieniłem zdanie na całe życie odnośnie gry w nogę przez osoby innej narodowości. To był mecz ze studentami, chyba z ameryki, studenci w średnim wieku, z mojej perspektywy to byli starsi faceci, którzy rewelacyjnie grali w piłkę nożną. Graliśmy w kilku chłopaków z podwórka kontra reszta świata czyli studenci z innych krajów. Nas w drużynie było kilku wtedy uważałem, że świetnie grających. W przeciwnej drużynie było kilku obcokrajowców, ilościowo nas było więcej osób. Teoretycznie byli do ogrania, byli starsi i było ich mniej. Grali tak dobrze, że dostaliśmy srogie baty. Wynik to była jakaś dwu cyfrówka. Przestań oceniać po wyglądzie a nie będziesz oceniany (powiedzenie ludowe). Wynik meczu był kilkanaście do zera. Niektóre zwody piłką, które robili ci obcokrajowcy widziałem pierwszy raz w życiu i byłem pod ogromnym wrażeniem. Tamten mecz pozostanie mi w pamięci na całe życie. Kolejnym elementem naszych meczyków podwórkowych był podział i dobór graczy do drużyny. Przeważnie dwóch uważanych za najlepiej grających z grupy zaczynało po kolei dobierać sobie zawodników do drużyny. Zazwyczaj zaczynał ten, który wygrał rywalizację żonglerki. Ten system był chyba najbardziej popularny i sprawiedliwy. Podczas gry podwórkowej przepisy gry były uzależnione częściowo od warunków gry, od wielkości i rodzaju boiska i od ustaleń drużyn grających. Ogólnie wiele przepisów było zgodnych z przepisami Polskiego Związku Piłki Nożnej ale zmienione na nasze potrzeby i uproszczone i dostosowane do naszych warunków. Byli chętni do gry, dobierało się boisko, organizowało piłkę, i w ten sposób na kopaniu piłki spędzaliśmy nasze dzieciństwo i młodość na podwórku. Mnie powiązał sport moje dzieciństwo z dorosłym życiem. Poznając początkowo sport na podwórku, później doskonaląc go w klubach i na studiach AWF. Jako dorosły człowiek zdobyłem uprawnienia instruktora piłki nożnej w pracy zawodowej uczyłem i szkoliłem dzieci i młodzież w tej dyscyplinie. Uważam, że z pasją do sportu człowiek się rodzi, dorasta i umiera. Można się pewnych rzeczy nauczyć ale pewne rzeczy dostaje się w genach. Zespołowych gier sportowych uprawianych przez nas na podwórku było kilka ale piłkę nożną uważam za najciekawszą i najbardziej popularną z nich.
Źródło: youtube Tak trener powinien motywować piłkarzy.